16.08.2018
PL EN
06.06.2018 aktualizacja 06.06.2018
Ludwika Tomala
Ludwika Tomala

Niesiołowski-Spanò z Obywateli Nauki: Ustawie 2.0 wybito zęby

Fot. Fotolia Fot. Fotolia

Konstytucji dla Nauki wybito zęby - powiedział PAP dr hab. Łukasz Niesiołowski-Spanò, przedstawiciel ruchu Obywatele Nauki. Według niego w wyniku wielu tur poprawek dobre rozwiązania zostały przyćmione przez ustępstwa i nie wiadomo, czy ustawa przyniesie dobre efekty.

Projektem Ustawy 2.0, przygotowanej przez resort nauki, obecnie zajmuje się Sejm. Przyjęcie projektu - wraz ze 160 poprawkami (głównie rządowymi) - zarekomendowała sejmowa komisja Edukacji, Nauki i Młodzieży. Od Narodowego Kongresu Nauki, który odbył się we wrześniu 2017, projekt przeszedł już trzy tury poprawek.

PAP: Jak pan ocenia aktualną wersję projektu Konstytucji Dla Nauki?

Dr hab. Łukasz Niesiołowski-Spanò, Obywatele Nauki, dyrektor Instytutu Historycznego UW: Projekt podoba mi się coraz mniej. We wrześniu wyraźnie widać było zapisy, które ewidentnie szły w kierunku projakościowym. Ale z czasem wprowadzono zmiany, które nazwałbym wybijaniem zębów ustawie. Zmiany projakościowe zostają roztarte, rozmyte.

PAP: Gdzie pan widzi to "wybijanie zębów"?

Ł.N.-S.: Na przykład sztandarową zmianą miało być przyznanie praw do habilitowania tylko tym uczelniom, które otrzymały w danej dziedzinie najwyższe oceny: A lub A+. Przepis ten został jednak rozmyty: dodano do tego niższą kategorię B+. Przecież nie każda uczelnia musi mieć możliwość nadawania stopnia doktora habilitowanego. Polska nie jest krajem wielkości Rosji, gdzie - aby dotrzeć do najbliższej uczelni z prawami do habilitacji - trzeba lecieć samolotem.

PAP: Ale chyba nie wszystkie zęby projektowi wybito?

Ł.N.-S.: Ustawa zachowuje dwa atuty: ocena naukowa będzie dotyczyć dziedzin nauki, a nie - jak dotąd - jednostek uczelni. To wymusi na uczelniach zmiany organizacyjne i jakościowe. Drugi cenny zapis stanowi, że kierunki studiów mają prowadzić uczelnie, a nie podstawowe jednostki organizacyjne. To pozwoli uczelniom uniknąć uczelniom wewnętrznego konkurowania między wydziałami, które prowadzą kierunki o analogicznym profilu.

Ciągle jednak nie wiemy, jak te zmiany będą funkcjonować. Brakuje jeszcze kluczowych rozporządzeń ministra. Nie znamy jeszcze np. nowego wykazu dziedzin i dyscyplin naukowych.

PAP: Jakie są jeszcze państwa obawy?

Ł.N.-S.: Ciągle nie wiemy, jakim budżetem na naukę i szkolnictwo wyższe będziemy operować. Jeśli porównywalnym do obecnego, cała zmiana traci sens. Gdybyśmy mieli pewność, że za zmianą przyjdą większe pieniądze, byłoby łatwiej przekonywać zaniepokojonych pracowników, że sytuacja się poprawi. Ale teraz tej informacji nie przekazano. Nie wiadomo, czy będą większe pieniądze.

PAP: Minister nauki zapewnił, że w przyszłym roku wzrost nakładów na naukę wzrośnie o 700 mln zł. A dodatkowo rząd wyda obligacje skarbu państwa na uczelnie w wysokości 3 mld zł.

Ł.N.-S.: A ja bym prosił, by nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe były na poziomie porównywalnym do średniej OECD. Wtedy możemy mówić, że dajemy uczelniom narzędzia, by uczyć i prowadzić badania na europejskim poziomie. Co to znaczy, że pieniądze będą w obligacjach? Nie wiemy tego.

Żeby uczelnie funkcjonowały lepiej, trzeba zmienić trzy obszary: prawo, nastawienie pracowników uczelni, a także zagwarantować dużo więcej pieniędzy. My będziemy mieć spełniony tylko pierwszy z tych warunków. A to czyni całe przedsięwzięcie trochę wątpliwym. Tworzy się duże zamieszanie, chaos, które niekoniecznie przyniesie oczekiwane efekty. Uczelnie będą odczuwały konsekwencje przez lata. Bez zwiększenia budżetu te konsekwencje niekoniecznie będą pozytywne.

PAP: Zatem czy ustawę należałoby przyjąć, czy wycofać?

Ł.N.-S.: To już nie jest decyzja środowiska. Ale jeśli spytać, czy ustawa przyniesie skutki dobre, czy złe - to odpowiem dopiero, kiedy zobaczę rozporządzenia ministerstwa oraz budżet na co najmniej trzy kolejne lata. Wtedy wiadomo będzie, czy ta zmiana ustrojowa przyniesie dobre, czy złe efekty. Przy niezwiększonym budżecie i złych rozporządzeniach ministra możliwe są większe straty, niż zyski: straty wynikające z chaosu, który powstanie na uczelniach. Może być tak, że uczelnie z powodu braku pieniędzy, będą wprowadzać oszczędności, które odbiją się nie na tym, na czym powinny. Nie na najsłabszych, najgorszych pod względem badawczym ogniwach, tylko na ogniwach, które najsłabiej umieją się bronić - choćby deficytowych kierunkach studiów.

PAP: Czy czegoś w projekcie zabrakło?

Ł.N.-S.: Żałuję, że nie wprowadzono poprawki, którą obiecał nam wiceminister nauki Piotr Müller, że zrówna się wiek emerytalny kobiet i mężczyzn zatrudnionych na uczelniach.

PAP: We wcześniejszej wersji projektu proponowano, by zrównywać wiek emerytalny nauczycieli akademickich - kobiet i mężczyzn - do 65 r. Rząd przychylił się jednak później do postulatu minister rodziny, pracy i polityki społecznej Elżbiety Rafalskiej, aby jednak w odniesieniu do kobiet naukowców zróżnicować wiek emerytalny. Będzie to więc dalej 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn.

Ł.N.-S.: Szkoda, że słucha się próśb minister pracy, a nie próśb badaczek, pań profesor i kobiet pracujących na uczelniach. To nie jest danie przywileju kobietom. To mechanizm, który penalizuje kobiety na uczelniach i w szkolnictwie wyższym. Bo często uważa się, że osoby, które osiągną wiek emerytalny, nie powinny już pełnić roli kierowniczej. Na uczelni będzie to skutkowało wypychaniem kobiet poza uczelnie bardzo wcześnie. A to będzie dla kobiet bardziej bolesne, jeśli weźmie się pod uwagę wysoki wiek uzyskiwania w Polsce tytułu profesorskiego. Kobiety jako pracownice uczelni mogą tych tytułów uzyskiwać mniej. Tu zrobiono paniom profesor szkodę.

PAP: Jakieś poprawki się panu podobają?

Ł.N.-S.: Pomysł, aby kategoryzacja za lata 2017 i 2018 była przeprowadzana zgodnie z aktualnymi przepisami, a dopiero następne lata - zgodnie z nowymi przepisami, jest uczciwy. Nie wzbudza też kontrowersji zapowiedź zwiększenia puli czasopism, które mają trafić do ministerialnego programu umiędzynarodowienia. Rozsądną zmianą jest też wykluczenie z rad uczelni osób, które pełnią funkcje w administracji państwowej. Wcześniej to ograniczenie dotyczyło tylko administracji rządowej.

Z rozgoryczeniem przyjąłem poprawkę dotycząca zmniejszenia pensum profesorów.

PAP: Poprawka zakłada, że roczny wymiar zajęć dla pracownika badawczo-dydaktycznego na stanowisku profesora wyniesie 180 godzin, zamiast - jak wcześniej - 240.

Ł.N.-S.: To prezent dla grupy zawodowej, jaką są profesorowie. A oni przecież z definicji i tak są najważniejsi na uczelni. Ustawodawca chce im jeszcze w ustawie zapewnić dodatkowe przywileje. Bo zmniejszenie wymiaru zajęć dydaktycznych jest rodzajem przywileju. Profesorowie będą musieli uczyć mniej, niż ich młodsi koledzy.

PAP: Ministerstwo nauki zapowiedziało też, że w dalszej turze prac nad ustawą z przepisów zniknie szybka ścieżka habilitacji za realizację grantu ERC.

Ł.N.-S.: A szkoda. To był jeden z niewielu zapisów, które mogły stymulować naukowców do zabiegania o te granty. A przecież jesteśmy na niskiej pozycji jeśli chodzi o współczynnik sukcesu. Ale ta poprawka szkody nie przyniesie.

PAP: Podsumowując cały projekt ustawy, jakie pana zdaniem emocje pojawiają się w środowisku?

Część osób jest pełna niepokoju. A druga strona z kolei to głosy o zmarnowanej szansie, bo ustawa staje się rozmydlona, a dobre rozwiązania zatracają się w ustępstwach. A to powoduje, że nie wiadomo, czy cała zmiana będzie in plus.

Rozmawiała Ludwika Tomala 

PAP - Nauka w Polsce

lt/ zan/

Copyright © Fundacja PAP 2018