08.12.2019
PL EN
15.11.2019 aktualizacja 15.11.2019

Ekspertka: drapieżne wydawnictwa nadal mają się dobrze

Fot. Fotolia Fot. Fotolia

Szacuje się, że jest nawet kilka tysięcy czasopism i wydawnictw, które tylko pozornie są naukowe. Tak naprawdę nastawione są tylko na zysk i nie zwracają uwagi na jakość - powiedziała PAP Jolanta Szczepaniak z Politechniki Łódzkiej. Procederu nie zatrzymały nawet prowokacje dziennikarskie - dodała.

Tak zwane drapieżne czasopisma czy inne drapieżne publikacje tylko pozornie są prawdziwymi wydawnictwami naukowymi. Różnica jest taka, że w odróżnieniu od wydawnictw naukowych tworzone są tylko po to, aby publikować wszystkie nadsyłane artykuły i to bez jakiejkolwiek redakcji i nadzoru recenzenckiego. Ich celem jest tylko i wyłącznie zysk - autorzy publikowanych tam artykułów muszą uiścić opłatę.

"Ciągle jest popyt na publikowanie w tego typu wydawnictwach. +Drapieżni+ wydawcy coraz lepiej kamuflują swoją działalność. Nawet różne prowokacje i publikacje demaskujące poszczególne tytuły nie czynią im większej szkody – wciąż działają i zachęcają badaczy do przysyłania artykułów" - opowiada PAP Jolanta Szczepaniak z Wydawnictwa Politechniki Łódzkiej.

Dodaje, że "drapieżni wydawcy" szukają nowych form naciągania badaczy. Organizowane są na przykład "drapieżne konferencje", których celem jest przede wszystkim wyłudzenie opłat konferencyjnych. Naukowcy mogą na nich przedstawić wyniki swoich badań, ale nie podlegają one procesowi recenzyjnemu, a komitet organizacyjny wydarzenia nie zwraca uwagi na jakość. Badacze biorą w nich udział, aby móc wykazać, że są aktywnymi uczestnikami konferencji.

"Drapieżni wydawcy" zajmują się też wydawaniem książek, edytowaniem, korektą lub tłumaczeniami tekstów. "Jednak ich działalność, podobnie, jak w przypadku czasopism, niewiele ma wspólnego z rzetelnością naukową" - mówi Szczepaniak.

W lipcu 2019 r. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego opublikowało wykaz czasopism i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych. Publikowanie na ich łamach jest odpowiednio punktowane, co ważne jest w procesie ewaluacji badaczy. Wcześniej resort nauki opublikował listę wydawnictw publikujących recenzowane monografie naukowe.

Szczepaniak mówi, że wykazy te raczej nie wyeliminują zjawiska publikowania w "drapieżnych" wydawnictwach.

"Mogą one jednak skutecznie wpłynąć na zmniejszenie liczby naukowców, którzy tam będą publikować. Ministerialne wykazy można traktować jako białe listy tytułów i instytucji, z którymi warto współpracować" - ocenia ekspertka. Dodaje, że dla naukowców większa liczba punktów za artykuł również będzie motywatorem. Tym samym publikowanie w tytułach spoza listy punktowanych czasopism naukowych nie będzie się opłacać.

W niewiarygodnych wydawnictwach naukowych publikuje olbrzymia liczba badaczy. Ze śledztwa, które niemieccy dziennikarze przeprowadzili w 2018 r., wynika, że zjawisko to dotyczy nawet kilkuset tysięcy naukowców.

"Część badaczy pada ofiarą drapieżnych czasopism - dopiero po złożeniu manuskryptu zaczynają podejrzewać, że czasopismo może nie być wiarygodne. Ale niewykluczone, że część naukowców publikuje u +drapieżnych+ wydawców świadomie – z uwagi na szybki termin publikacji, brak procesu recenzji, po odrzuceniu artykułu przez bardziej uznane czasopisma. Powodem może być też brak doświadczenia wśród młodych naukowców" - opowiada Szczepaniak.

Nie wiadomo jednak, ilu polskich badaczy publikuje w takich periodykach. "Tego typu badania nie zostały jeszcze przeprowadzone. Zresztą ich wykonanie byłoby trudne - mało kto chciałby się przyznać do współpracy z takim wydawcą" - zaznacza Szczepaniak.

Według niej wśród młodych polskich naukowców, którzy dopiero rozpoczynają akademicką karierę, świadomość tego zjawiska jest często znikoma. "Tę grupę drapieżni wydawcy mogą skusić błyskawicznym terminem publikacji czy niskimi stawkami autorskimi za artykuł" - podkreśla.

Najwięcej drapieżnych czasopism działa w Indiach i z tego kraju również pochodzi najwięcej naukowców publikujących w drapieżnych tytułach. W statystykach najczęściej wymieniane są takie kraje jak Nigeria, Pakistan, Turcja, Iran, Indonezja, ale również USA i Wielka Brytania.

"Nie są mi znane polskie wydawnictwa lub czasopisma, które uznane zostałyby za drapieżne. W Polsce problemem jest raczej brak świadomości zjawiska drapieżnych wydawców i tego, jak je rozpoznać" - wskazuje.

Ekspertka uważa, że walka z tym zjawiskiem jest trudna, bo działalność ta nie jest nielegalna, tylko nieetyczna. Dlatego ważne jest, aby na poziomie uczelni stosować różnego rodzaju rozwiązania. Na przykład artykuły publikowane w drapieżnych tytułach nie powinny być zaliczane do dorobku naukowego badacza czy brane pod uwagę podczas ewaluacji jednostki. Nie powinny być również brane pod uwagę przy wnioskach projektowych i grantowych.

"To sprawi, że autorzy sami zaczną zwracać baczniejszą uwagę na to, gdzie zostanie opublikowany ich tekst. Zjawisko drapieżnych wydawców straci na znaczeniu wtedy, gdy autorzy będą świadomi zagrożenia i gdy publikowanie w drapieżnych czasopismach po prostu nie będzie im się opłacać" - podsumowuje.

PAP - Nauka w Polsce, Szymon Zdziebłowski

szz/ agt/

Copyright © Fundacja PAP 2019