07.04.2020
PL EN
24.02.2020 aktualizacja 24.02.2020

"Jak wynaleźć wszystko" - książka, którą warto zabrać na bezludną wyspę

Gdybym miała zabrać jedną książkę na bezludną wyspę, to "Jak wynaleźć wszystko" Ryana Northa byłaby mocną kandydaturą. Choć pewnie po kilku dekadach aktywnego korzystania ze zgromadzonych tam pomysłów, nawet najbardziej bajkowa i czysta wyspa zmieniłaby się w preindustrialne pobojowisko...

"Jak wynaleźć wszystko. Cała wiedza ludzkości zgromadzona w jednej książce" to podręcznik, jak odtworzyć współczesną cywilizację.

Początek może się wydawać naciągany - ma to być rzekomo książka, która trafiła do nas z przyszłości. I napisano ją z myślą o użytkownikach wehikułu czasu, których maszyna przypadkiem zepsuje się w którymś momencie dziejów. Zgromadzona w książce wiedza ma im pomóc zostać w lokalnym społeczeństwie mędrcem czy nawet bogiem, który przyspieszy rozwój cywilizacji.

Na początku byłam sceptyczna do tego pomysłu rodem z science-fiction. Szybko jednak zrozumiałam, że taka narracja to sprytny i wydajny sposób, by opowiedzieć o różnych wynalazkach ludzkości i pokazać ich znaczenie od całkiem innej strony, niż robi się to w podręcznikach. A przez to książka jest świeża i zyskuje czytelną strukturę.

Kolejne rozdziały książki pomagają m.in. odkryć język, matematykę czy metodę naukową. Jest też mowa o podstawach rolnictwa, górnictwa, hutnictwa, kowalstwa, garbarstwa (o, fuj! jakimż smrodliwym procesem jest wyrób skóry!) żeglarstwa, szklarstwa, piwowarstwa. Są i podstawy chemii, muzykologii, sztuki, zalążki medycyny, informatyki. Są i przepisy na trochę niezbędnych związków chemicznych i parę pomysłów na części maszyn. Czegóż nam więcej do życia potrzeba?

Sporo miejsca poświęcono np. kwestii tego, jak w miejscu, którego nie znamy, zapewnić sobie coś do jedzenia. Myślę, że warto przekazać tę wiedzę dalej.

"Nie ma ssaków, których mięso jest trujące z natury, są zatem bezpieczne w spożyciu (pomijając alergie). Jednak gdy spożyjemy mięso dziobaka (stekowiec), możemy się źle poczuć" - pisze North. Jak wyjaśnia, po zjedzeniu mięsa dziobaka pojawia się ból, który trwa miesiącami. Autor odradza też niedźwiedzie polarne, których wątroba może być trująca. Ostrzega też przed mięsem świni, w których organizmie jest wiele pasożytów, więc przed spożyciem mięso warto gotować.

"Nie ma też naturalnie trujących ptaków, z wyjątkiem kilku - przepiórek i pewnej afrykańskiej odmiany gęsi, których mięso, skóra, a nawet pióra mogą być toksyczne dla ludzi, bo wchłaniają toksyny. Lepiej więc nie wcinaj ptaków na ślepo" - ostrzega autor.

Wydawało mi się, że przepiórki dawniej były przysmakiem. Ale autor nie rozwija tego wątku. Sprawdziłam jednak (w internecie, nie na sobie), że mięso dzikich przepiórek rzeczywiście bywa toksyczne. A choroba, która może pojawić się po zjedzeniu przepiórki ma nawet swoją nazwę - to koturnizm (łacińska nazwa przepiórki to Coturnix coturnix). Co ciekawe to, czy przepiórki są trujące, czy nie, zależy od pory roku i trasy ich migracji.

Jeśli zaś chodzi o zrozumienie, które rośliny można bezpiecznie jeść, sprawa jest bardziej skomplikowana. Ryan North przedstawia jednak uniwersalny test jadalności. W ciągu 18 godzin procedura ta przynajmniej pomoże ustalić, czy dany produkt jest jadalny. W skrócie: należy najpierw testowane jedzenie powąchać, potem w odstępach 15-minutowych kolejno: wmasować produkt w zgięciu łokcia; włożyć niewielką próbkę w kącik ust; wziąć kęs jedzenia na wargi i język; przeżuć próbkę i trzymać ją w ustach. Jeśli w którymkolwiek momencie tej próby coś pójdzie nie tak - pojawią się na skórze czy śluzówce podrażnienia albo źle się poczujemy - rezygnujemy z dalszych etapów i jedzenia. Jeśli wszystko jest w porządku - można spróbować przełknąć próbkę i odczekać 8 godzin. Po tym czasie można zjeść garstkę tego produktu i znów odczekać 8 godzin. A potem powoli wprowadzać jedzenie do diety. Autor nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa - ostrzega, że niektóre produkty powodują negatywne efekty po kilku dniach.

Głowy nie dam, że wszystko to, co pisze North, jest precyzyjne. Kiedy jednak czytałam książkę, starałam się łapczywie dużo zapamiętać. Może kiedyś te informacje uratują mi życie, kiedy podróżując wehikułem czasu utknę w jakimś dziwnych czasach, w których nie ma Internetu...

Ta lektura mogłaby mi się przydać oczywiście na bezludnej wyspie. Kilka podstawowych idei pomogłoby przetrwać. Nie ma jednak co liczyć na to, że odtworzyłabym tam cywilizację (nie tylko dlatego, że mój zawód - dziennikarki naukowej - kompletnie by mi się nie przydał, gdybym była zdana sama na siebie). Szybko okazałoby się bowiem, że żeby wytworzyć żelazo, ług na mydło, szkło, pola do uprawy zboża - muszę wykarczować pół wyspy i zużyć większość jej zasobów. A przez to przestałaby ona być miejscem miłym do życia. Ach, te nieuchronne koszty środowiskowe związane z awansem technologicznym...

Czytając tę książkę można uświadomić sobie, jak bardzo uzależnieni jesteśmy w życiu od specjalizacji, do jakiej doszło wśród ludzi. Dobrze, że każdy sam nie musi dbać o to, by sobie wytworzyć szczoteczkę do zębów, mydło, tkaniny, ubrania, cegły, świeżą lub konserwowaną żywność, paliwo, elektryczność, algorytmy pozwalające przekazywać słowa na odległość... Uff! Ileż czasu zyskujemy dzięki podziałowi obowiązków. Choćby na to, by dowiedzieć się z Internetu, czy przepiórki są zawsze jadalne...

Książka "Jak wynaleźć wszystko" Ryana Northa ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Ludwika Tomala

Zapisz się na newsletter
Copyright © Fundacja PAP 2020