18.11.2017
PL EN
09.09.2015 aktualizacja 09.09.2015

Sokrates przy tablicy

Fot. Fotolia Fot. Fotolia

I stało się! Jakiś czas temu na tym blogu zamarzyło mi się nauczanie filozofii w szkołach. Teraz już wiemy, że przedmiot ten – nauczany przez wykładowców akademickich - wejdzie nawet do tysiąca klas licealnych. To świetnie. Sceptycy pytają jednak: czy szkolna filozofia nie stanie się szybko zmorą uczniów?

Decyzją resortu nauki program „Edukacja filozoficzna" - na razie w postaci pilotażowej - ma objąć w 2016 roku ok. tysiąca szkół ponadgimnazjalnych. Przedmiot będzie dobrowolny i zainteresowane szkoły same będą się do niego zgłaszać. W rolę nauczycieli wcielą się wykładowcy uczelni, opłacani w ramach specjalnego budżetu o łącznej kwocie 3 mln zł. W ten oto sposób za jednym zamachem ministerstwo chce rozwiązać dwa problemy: wypełnić lukę w filozoficznej edukacji uczniów i zapewnić absolwentom tej dyscypliny dodatkowe źródło dochodów.

O pożytkach płynących z uczenia filozofii w szkołach pisać można grube tomy. Do mnie przemawia przede wszystkim jeden argument "za": to, że lekcje filozofii mogą stać się szkołą dyskutowania i logicznego dowodzenia swoich racji. A nie trzeba chyba przekonywać, jak bardzo potrzebna nam jest umiejętność cywilizowanej wymiany poglądów. Wystarczy tylko rozejrzeć się wokół – od piaskownicy po ławy parlamentu – aby dostrzec, jak często rzeczowe argumenty zastępuje agresja.

Pojawia się tu jednak kluczowa sprawa: skoro mamy już filozofię w szkole, to jak jej uczyć? Jak przybliżyć tę trudną materię licealistom, aby ich nie odstraszyć i nie znudzić? Oto jest dylemat.

O recepty trudno, choć dobrych przykładów nie brakuje. Przede wszystkim w innych krajach Europy, które już dawno temu wprowadziły filozofię w szkolne mury. Szczególnym przykładem jest Francja, gdzie przedmiot ten jest obowiązkowy w szkołach średnich od czasów Napoleona. Co roku licealiści wszystkich kierunków – nie tylko humanistycznych, ale i ścisłych i technicznych – muszą zdawać maturę z filozofii. Uczniowie francuscy niemało się pocą się, pisząc eseje na takie np. tematy jak: „Czy jestem wolny tylko wtedy, kiedy nie napotykam żadnych przeszkód?”. „Czy jest absurdem żądanie niemożliwego?”.

Nie uważam wcale, by należało brać przykład z Francji i wprowadzić filozofię jako przedmiot obowiązkowy. Może lepiej, jeśli u nas pozostanie dobrowolna – i że nie będzie się za nią wystawiać ocen.

Wracając jednak do metody uczenia: czy rzeczywiście należy „torturować” nastolatków tekstami i biografiami Arystotelesa, Kanta czy Hegla? Czy też – jak choćby we Francji - dyskutować z młodzieżą o mądrości, pięknie, dobru i złu odwołując się do przypowieści z różnych stron świata, przykładów z literatury pięknej, a także mediów? Czy nie lepiej stawiać podstawowe pytania, rozważając dylematy z codziennego życia? Te drogi wydają się skuteczniejsze niż studiowanie tekstów klasyków filozofii.

Nie brak także rodzimych ciekawych pomysłów na uczenie filozofii młodzieży. Przypomnijmy, że polski nauczyciel Jarosław Spychała wymyślił nowatorską metodę uczenia filozofii za pomocą klocków lego (Projekt Lego-Logos). Projekt zdobył sobie pewność popularność i znalazł już naśladowców.

Nauczycielom tego kierunku warto dedykować słowa największego może „belfra” w dziejach, Sokratesa. Lubił on powiadać pół żartem, że odziedziczył zawód po swojej matce … położnej. Bo przecież – tłumaczył zdumionym słuchaczom - nie podawał ludziom gotowych mądrości, ale tylko pomagał im, aby sami „rodzili”, czyli dochodzili przy pomocy jego pytań do ciekawych przemyśleń.

Może taki wzór nauczyciela filozofii-skromnego akuszera (a nie posiadacza mądrości), godny jest naśladowania także w polskich szkołach?

Szymon Łucyk

Partnerzy

Copyright © Fundacja PAP 2017