20.10.2018
PL EN
30.06.2016 aktualizacja 30.06.2016

Parzące parasole

Płynąc zabijają wszystko na swojej drodze, nawet organizmy, którymi się nie odżywiają. Zużywają bardzo dużo tlenu, dramatycznie przebudowując stan środowiska. Meduzy to piękne i dostojne, bierne drapieżniki. Znaczna ich część jest jednak niebezpieczna dla człowieka. Szczęśliwie nasze bałtyckie chełbie modre są całkiem nieszkodliwe.

W łańcuchu pokarmowym meduzy nie mają wielu konkurentów, ale same - ze względu na silny jad - są nieświadomymi konkurentami ryb, bo niszczą pokarm, którym ryby mogłyby się same żywić. Zakwit meduz ma bezpośredni wpływ na stan środowiska, zmieniając skład planktonu. Ma też znaczący wpływ na rybołówstwo. Niewiele organizmów żywi się meduzami. W ciepłym klimacie organizmami galaretowatymi raczą się żółwie. W Arktyce są to pojedyncze gatunki ryb, a niektóre organizmy zjadają je przypadkowo.

Meduzy są biernymi drapieżnikami, tzn. pływają z rozciągniętymi czułkami, które pokrywają gigantyczne obszary. Niewielka meduza może mieć kilkumetrowe czułki, które zabijają jednym dotknięciem. I nie jest tak, że meduza widzi rybę i atakuje - wszystko na trasie meduzy jest likwidowane.

"Parzydełka meduz to pojedyncze komórki, które w kontakcie z tkanką ofiary wystrzeliwują długą >>nitkę<< zakończoną harpunem. Harpun wbija się pod skórę i przekazuje impuls do komórki, żeby wydzieliła jad. Jad >>nitką<< dostaje się do ciała ofiary. Przy czym na jednym czułku są miliony komórek parzydełkowych, więc można sobie wyobrazić, jak duży potencjał mają czułki meduzy, skoro do unieszkodliwienia jednego mikroorganizmu planktonowego wystarczy teoretycznie jedna komórka" - mówi ekspert badania meduz, Maciej Mańko z Instytutu Oceanografii Uniwersytetu Gdańskiego.

Jak wyjaśnia, meduza to pojęcie ogólne. Na galaretowaty zooplankton składają się proste zwierzęta - nieco bardziej złożone parzydełkowce lub żebropławy, czyli ogólnie drapieżna masa galarety, do której często zalicza się też filtratory - pelagiczne osłonice. Meduzy są bliskimi kuzynami koralowców. Nasza bałtycka meduza, czyli chełbia modra należy do grupy scyfomeduz dzielącej się na prawie 200 gatunków. Niektóre scyfomeduzy są gigantyczne i dorastają do wielkości parasola mierzącego powyżej 2 metrów, ważą wtedy nawet 200 kg. Takich parzydełkowców oczywiście nie ma w Bałtyku, za to występują w Morzu Japońskim i stanowią tam wielki problem.

"Organizmy planktonowe bardzo dynamicznie odpowiadają na zmiany w środowisku, więc kiedy warunki im sprzyjają, pojawia się zakwit meduz - taki jak zakwity glonów. Zakwit meduz może być gigantyczny, przed 3 laty obserwowaliśmy u wybrzeży Norwegii zakwit o powierzchni 4 km na 6 km. Nie da się obronić przed takimi meduzami, więc cała ta wielka ławica meduz wpłynęła na farmy łososiowe, zabiła wszystko, co tam żyło. Straty oszacowano na kilka miliardów dolarów" - opowiada Maciej Mańko.

Wszystkie meduzy parzą, choć niektóre tak nieznacznie, że możemy tego nie odczuć. Siła parzydełek zmienia się w zależności od tego, czym taka meduza się odżywia - czy to są drobne skorupiaki, które żyją w planktonie, czy są to większe kręgowce. Meduzy, które parzą tylko małe zwierzęta, nie potrzebują dużo jadu. W kontakcie z człowiekiem są zupełnie niegroźne, sporadycznie zdarzają się drobne odczyny alergicznie. Jad jest substancją chemiczną, więc niektórzy mogą mieć nań uczulenie. Meduzy żyjące w Morzu Bałtyckim przystosowały się do środowiska życia bardzo ubogiego w plankton, więc podczas wakacyjnych kąpieli jesteśmy bezpieczni.

Hydromeduzy to grupa mniejszych organizmów, bardziej zróżnicowana i interesująca dla naukowca. Liczy aż 3,5 tys. gatunków, przy czym nie wszystkie one wytwarzają meduzę. Maciej Mańko przypomina, że w swoim cyklu życiowym meduzy produkują gamety. Z nich rozwija się larwa - planula, która osiada na dnie, zmienia się w polipa, a dopiero ten produkuje kolejne meduzy. Wśród hydromeduz zdarzają się gatunki, które nie mają polipa, czyli planule produkują bezpośrednio kolejną meduzę. Ale zaobserwowano też gatunki, gdzie brakuje meduzy, a polipy produkują nowe polipy.

"Mówimy o bardzo małych zwierzętach, dorastających do kilku centymetrów. Ciężko jest na bazie próbek planktonowych powiedzieć, że w całym oceanie nie ma żadnego polipa danej meduzy. To są już badania eksperymentalne, gdzie hodujemy daną meduzę, żeby zobaczyć, czy w warunkach akwariowych wyprodukuje nam polipa" - wyjaśnia rozmówca PAP.

Doktorant bada rozmieszczenie meduz w niewielkim odcinku Oceanu Arktycznego nad Norwegią do Spitsbergenu. Ocenia wpływ zmian klimatycznych na rozmieszczenie różnych gatunków meduz. Plankton jest dobrym wskaźnikiem zmian klimatu. Organizmy dryfujące w wodzie nie są poławiane przez człowieka, więc ich liczebność zależy tylko od tego, co się dzieje w przyrodzie. Potrafią się bardzo szybko rozmnażać. Czasami po prostu pojawiają się znikąd - dla naukowców jest to dowód na to, że coś zmieniło się w środowisku.

"Pobieram próbki planktonowe w różnych miejscach równocześnie badając środowisko, czyli mierzę zasolenie, temperaturę wody, na podstawie zdjęć satelitarnych szacuję obecność glonów, oceniam zasięg pokrywy lodowej i w ten sposób mogę łączyć różnorodność gatunkową meduz z rozmieszczeniem prądów morskich w regionie" - tłumaczy badacz, który uczestniczy w rejsach statku badawczego "Oceanii".

W ramach współpracy z Instytutem Oceanologii PAN doktorant ma dostęp do serii historycznych próbek pobieranych przez innych badaczy. W nich oznacza meduzy. Przez 3 lata co roku będzie pobierał w Arktyce własne materiały do badań. Arktyka się ogrzewa za sprawą ciepłych mas wody, które coraz głębiej wlewają się tam z Atlantyku. Naukowiec opracowuje metodę, która pozwala na bazie próbek planktonowych oceniać, jak bardzo takie zjawisko jest intensywne. Korzystając z historycznych próbek planktonowych sprzed 50 czy 60 lat można byłoby wnioskować, jak ekosystem Arktyki wyglądał wcześniej i jak będzie wyglądał w przyszłości.

Maciej Mańko pracuje pod kierunkiem dr Agaty Weydmann z Zakład Badań Planktonu Morskiego Uniwersytetu Gdańskiego. Na swoje badania otrzymał "Diamentowy Grant" MNiSW w wysokości 200 tys. zł. Część pieniędzy przeznaczył na uczestnictwo w rejsach - np. na transport do miejsca startu oraz odczynniki, których potrzebuje na pokładzie Oceanii. Dużą część środków pochłonęły też inne wyjazdy.

"Analizy, jakie prowadzę, wymagają stosowanie metod statystycznych czy numerycznych, o których na studiach uczymy się w niewielkim stopniu. Uczestniczyłem w kilku kursach, które odbywały się nie tylko w Polsce, ponieważ mam już wstępne wyniki swoich badań, część pieniędzy przeznaczyłem również na udział w konferencjach naukowych, gdzie prezentowałem wyniki. Koszty drobne to przygotowanie publikacji, komputer, oprogramowanie - drobne zakupy, które ułatwiają pracę" - opowiada laureat grantu.

PAP - Nauka w Polsce, Karolina Duszczyk

kol/

Copyright © Fundacja PAP 2018