20.07.2018
PL EN
04.10.2016 aktualizacja 04.10.2016

Kolejny warszawski Festiwal (kompetencji w popularyzacji) Nauki za nami

Zapowiadał się kolejny pasjonujący wykład. Dość kontrowersyjny temat. Do tego szczypta historii i ciekawych opowieści - tak miało być. W sali kilkadziesiąt osób, których w piękny jesienny wieczór przyciągnął tytuł wystąpienia. Swoją drogą, dobry tytuł to pierwszy krok do sukcesu. Czekamy w napięciu. Włączam dyktafon, przygotowuję notes, klikam długopisem i sprawdzam, czy działa, by odnotować najważniejsze tezy wystąpienia.

Jest! Zaczyna się! Prelegentkę zapowiada jej przełożona. Wywołana kłania się i... siada za obszernym biurkiem przy którym leży laptop i rzutnik. Oba sprzęty wyłączone. I takie pozostają do końca wystąpienia. Tymczasem prelegentka wita się i zaczyna wykład. Szeroko uśmiecha się do... jednej z kartek, których plik wyjęła z torby. I zaczyna... czytać! Tak - czytać, na popularnonaukowym wystąpieniu. Grzechem jest czytanie na konferencjach naukowych - czym zatem jest w czasie festiwali nauki?! Zbrodnią?

No nic. Temat jest ciekawy, próbuję nadążyć za narracją naukowca. Jednak po kolejnym, nie wiem -którym już, nazwisku - poddaję się.

Poddają się też pierwsze osoby, które powoli i dyskretnie opuszczają salę.

Zostaję. Zaufam dyktafonowi - mówię sobie w duchu. Pewnie jestem zbyt zmęczony, żeby teraz się skupić. Odsłucham wystąpienie na świeżo i wszystko pojmę - zapewniam sam siebie.

Aż nastąpił ten moment. Prelegentka odkłada kartkę, sięga po kolejną i czyta dalej. Tyle, że zdanie rozpoczęte na tej poprzedniej nijak nie ma sensu. Marszczy brwi. Zawiesza się - i ona spostrzegła, że coś jest nie tak. "Coś się nie wydrukowało" - duka zażenowana prelegentka.

Poddają się kolejne osoby, z niesmakiem wychodzą z sali.

Od tego momentu nie notuję już, o czym jest wykład, ale - w jaki sposób jest prowadzony. I wypunktowuję z taką namiętnością, że aż osoby które (nadal obok mnie) siedzą spoglądają w moją stronę:

- nawet najciekawszy temat można ukręcić

- prelegent nie nawiązuje kontaktu wzrokowego z nikim na sali; uśmiecha się do pliku (źle wydrukowanych kartek!)

- za dużo tu nazwisk; za mało anegdot, o żarcie wplecionym to tu to tam nie wspominając

- po 45 minutach pan naprzeciwko mnie przebiera palcami na blacie i tym samym zaczyna zakłócać działanie dyktafonu

- no i gdzie prezentacja multimedialna? Rzutnik pozostaje zimny do końca spotkania

- tytuł naukowy nie gwarantuje umiejętności popularyzacji

- wykład jest za długi! - kończy się po ponad godzinie (kilka pojedynczych oklasków i wychodzimy; nie wiem, czy padły pytania - na odpowiedzi mnie i wielu innym sił już nie starczyło)

Festiwale nauki - to również festiwale kompetencji lub ich braku z zakresu umiejętności popularyzacji. W tym roku w ramach Festiwalu Nauki w Warszawie odbyło się kilkaset różnorodnych spotkań, debat, wykładów, zajęć, wycieczek. Byłem zaledwie na kilku z nich. I jednym, którym opisałem powyżej. Było też inne, rewelacyjne spotkanie. Poprowadzone przez studenta! Tak - studenta, i była to, moim zdaniem, jedna z lepszych prezentacji popularnonaukowych, jakie w życiu widziałem! Był wybuch, były żarty, była dynamika. Żadnego czytania. I był też oczywiście konkret i część merytoryczna. Całość - choć godzinna - była porywająca!

Wnioski: popularyzacja to sztuka. Trzeba ją pielęgnować i uczyć się jej. Nie jest to umiejętność prosta. Ale niezmiernie ważna. I gdy instytucja wystawia do tej misji swojego pracownika - niech ma pewność, że dobierze osobę, która minimum takich umiejętności posiada. Wykład popularnonaukowy to również tworzenie wizytówki instytucji. Jeśli zainteresuje laika swoją działalnością - to może łatwiej trafią tam pieniądze od sponsora, a może dzięki temu instytut przyciągnie kolejnych studentów?

Szymon Zdziebłowski

Copyright © Fundacja PAP 2018