12.12.2017
PL EN
24.01.2017 aktualizacja 24.01.2017

Wiceprezes Urzędu Patentowego: badaczowi trudno o patent bez rzecznika!

Osobom, które mają innowacyjny pomysł, przyda się pomoc rzecznika patentowego. Bez znajomości systemu ochrony własności przemysłowej, intelektualnej, można popełnić błędy w procesie komercjalizacji wynalazku i ponieść straty - zwraca uwagę zastępca prezesa Urzędu Patentowego RP Andrzej Pyrża.

PAP: Załóżmy, że badacz wpadł na przełomowy pomysł. Już nawet o nim napisał w publikacji, która ukazała się w prestiżowym czasopiśmie naukowym. Jednak ciągle jeszcze nie zgłosił swojego rozwiązania do urzędu patentowego... Co pan na to?

Andrzej Pyrża, zastępca prezesa Urzędu Patentowego RP: Jeśli w publikacji ujawnione są szczegóły techniczne, to już raczej nie ma co patentować. Bo praca ekspertów urzędu patentowego polega m.in. na tym, żeby sprawdzić, czy patentowane rozwiązanie jest nowością w skali światowej. A więc czy pomysł nie został udostępniony gdzieś wcześniej do wiadomości publicznej. To warunek przyznania patentu. Jeśli chce się wiec patentować wynalazek, nie można zdradzać w publikacji szczegółów rozwiązania.

PAP: A skąd naukowiec ma wiedzieć, co może w publikacji zdradzić, a czego nie?

A.P.: Trzeba się skontaktować z rzecznikiem patentowym. Wiele uczelni korzysta ze wsparcia takich specjalistów. Rzecznik popatrzy całościowo na rozwiązanie i podpowie, czy w ogóle warto starać się o patent. Albo jak można rozwiązanie chronić i co zaakcentować we wniosku patentowym.

A trzeba podkreślić, że zawód rzecznika patentowego jest zawodem zaufania publicznego. Absolutnie nie może on ujawnić tego, czego się dowie od wynalazcy.

Według mnie bez doradcy wynalazca nie powinien się poruszać po świecie wdrożeń. Kiedy nam się zepsuje w domu uszczelka, możemy ją wymienić sami albo wezwać hydraulika. A patent to coś o wiele bardziej poważnego niż zepsuta uszczelka. Dlatego uważam, że akurat tutaj powinno się korzystać z pomocy specjalistów. To strata czasu, żeby naukowiec zajmował się tym sam.

Bez znajomości systemu ochrony własności przemysłowej, intelektualnej, można popełnić błędy i ponieść wiele strat.

PAP: Myśli pan o jakichś konkretnych stratach?

A.P.: Nadal w przypadku 30 proc. zgłoszeń wynalazków UP RP odmawia udzielenia patentu. Okazuje się bowiem, że nie są to rozwiązania nowe. Takie zgłoszenia otrzymujemy w podobnych proporcjach i ze świata nauki, i ze świata wielkiego przemysłu... A skoro rozwiązanie można było wyczytać w literaturze, to po co marnowane były środki na badania i patentowanie? Dlatego właśnie warto w porę udać się po poradę do rzecznika patentowego. On lepiej wie, jak sprawdzić, czy dane rozwiązanie mogło być już gdzieś opatentowane.

Jest jeszcze inna kwestia. Jeśli chodzi o współpracę między biznesem a nauką, to ciągle nie działa ona optymalnie. Przemysł wdraża nawet 80 proc. rozwiązań, które sam zgłasza do urzędu patentowego. Natomiast na rynek trafia zaledwie 10 proc. rozwiązań opatentowanych przez sektor nauki. Może kiedy nie ma zapotrzebowania przemysłu na jakieś rozwiązanie, to właściwie nie mają sensu próby "wduszania" tam własnego dorobku intelektualnego? To stracony czas.

PAP: Czy w dobie Unii Europejskiej i globalnego rynku warto patentować rzeczy tylko w Polsce?

A.P.: Polska jest wielkim rynkiem. Ale pytanie czy wynalazca chce się ograniczyć do rynku polskiego, czy rozszerzyć działania na cały świat. Na gruncie naszych przepisów udzielenie patentu oznacza uzyskanie monopolu przez określony czas. Patent to gwarancja, że jeśli wdrożę rozwiązanie tutaj, to nie będę naruszał cudzych praw. Jeśli jednak mam patent tylko w Polsce, to nie mam monopolu na to rozwiązanie za granicą.

PAP: Kiedy patentujemy, musimy być świadomi, że nasze rozwiązanie stanie się publiczne...

A.P.: Tak, po 18 miesiącach od daty zgłoszenia patentowego rozwiązanie jest udostępniane - przedstawiane do wiadomości publicznej. Każdy może się z nim zapoznać. I może wtedy np. każdy może spróbować udowodnić, że to rozwiązanie nie jest nowe. Albo, że kto inny ma prawo do patentu. Ale jednocześnie to ogłoszenie do wiadomości publicznej jest ostrzeżeniem: danego rozwiązania nie można tu wdrożyć bez zgody zgłaszającego, bo naruszy się prawo.

PAP: Czy jeśli mam patent tylko w Polsce, to ktoś może do niego zajrzeć, skopiować to rozwiązanie i opatentować je w innym kraju?

A.P.: Nie! Patent uzyskuje tylko rozwiązanie, które jest nowością na skalę światową. Ale załóżmy, że ktoś wpadł na pomysł, że weźmie rozwiązanie australijskie, które nie było nigdy patentowane w Polsce i zgłosi to jako projekt racjonalizatorski - to trochę mniej niż wynalazek. Ale to zły pomysł! Nawet projekt racjonalizatorski musi być rozwiązaniem własnym. A nie skopiowanym od kogoś. A to, że jest skopiowane - widać. Bo dostało już w tej Australii patent.

PAP: No, ale kiedy ktoś zobaczy na stronie urzędu patentowego, na czym polega moje rozwiązanie, może je zmodyfikować i zrobić swoje...

A.P.: Na to nie ma rady. Zawsze konkurencja będzie starała się obejść ograniczenia i wymyślić rozwiązanie własne - o ile tylko może na nim dobrze zarobić. Na tym polega postęp techniczny. Ale stąd jest ten termin 18 miesięcy od daty zgłoszenia. On daje wynalazcy przewagę - czas, kiedy konkurencja zostaje w tyle. Jeśli chce szybko wdrożyć rozwiązanie, musi od twórcy kupić prawo do korzystania z jego dorobku. Albo może też zatrudnić innych wynalazców, którzy spróbują obejść to rozwiązanie nie naruszając patentu. To uczciwe podejście.

Rozmawiała Ludwika Tomala

PAP - Nauka w Polsce

lt/jjj

Partnerzy

Copyright © Fundacja PAP 2017