26.03.2019
PL EN
30.12.2018 aktualizacja 30.12.2018

130 lat temu urodził się Eugeniusz Kwiatkowski

źródło: Wikipedia; By anonimowy - http://audiovis.nac.gov.pl/obraz/70108/32f3f6ea6a5521fe2a3dbdba5796f8a6/, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=7671429 źródło: Wikipedia; By anonimowy - http://audiovis.nac.gov.pl/obraz/70108/32f3f6ea6a5521fe2a3dbdba5796f8a6/, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=7671429

130 lat temu, 30 grudnia 1888 r., urodził się Eugeniusz Kwiatkowski – człowiek, który zbudował Gdynię i miał wizję gospodarczego zjednoczenia Polski przez stworzenie Centralnego Okręgu Przemysłowego.

Eugeniusz Kwiatkowski urodził się w rodzinie szlacheckiej i inteligenckiej. A także kultywującej tradycje patriotyczne – ojciec brał udział w Powstaniu Styczniowym, szczęśliwie jednak uniknął poważniejszych represji. Ale ojciec nie był warunkiem niezbędnym, by młody Eugeniusz, podobnie jak jego rodzeństwo, wychowywał się w duchu niepodległościowym. Kiedy miał zaledwie dwa lata, jego rodzina przejęła majątek Czernichowce leżący nieopodal Zbaraża. „Już sam teren wzbudzał uczucia patriotyczne. Wdrapywano się na ruiny starego zamku, zbudowanego w początku XVII wieku przez ostatniego z książąt zbaraskich, chodzono i przesiadywano w omszałym klasztorze ks. Bernardynów. Dzieci wychowywały się w atmosferze Polski rycerskiej” – pisał Janusz Rakowski, współpracownik Kwiatkowskiego i autor jego szkicu biograficznego.

Poza wyniesionym z domu duchem niepodległościowym młody Kwiatkowski nie miał wyraźnych poglądów politycznych. Jego biograf, historyk Marian Marek Drozdowski, wspomina, że „Myśli nowoczesnego Polaka” Romana Dmowskiego poznał Kwiatkowski mniej więcej w tym samym okresie, gdy emocjonował się również rewolucyjnym wrzeniem w Królestwie Polskim, wznieconym pod koniec 1904 r. przez Polską Partię Socjalistyczną Józefa Piłsudskiego. Zapewne na politykę był wówczas zbyt młody, a także zbyt oddalony od niej geograficznie.

Sytuacja ta zmieniła się nieco w 1907 r., kiedy podjął studia na Politechnice Lwowskiej. I wówczas nie określił się jeszcze pod względem politycznym – przyjmował entuzjastycznie wszystko, co mówiło się o niepodległości – zaangażował się jednak w na pół konspiracyjną działalność nie Związku Walki Czynnej Kazimierza Sosnkowskiego i Piłsudskiego, lecz tzw. Zetu, czyli Związku Młodzieży Polskiej Zygmunta Balickiego, ściśle związanego z Ligą Narodową. Teoretycznie brał udział w organizowaniu Drużyn Strzeleckich i tzw. Armii Polskiej, w praktyce jednak nie miał temperamentu konspiratora i bardziej niż bezpośrednia działalność interesowały go studia z zakresu chemii organicznej, którym oddawał się z pasją. Aby je kontynuować, wyjechał zresztą wkrótce do Monachium, co na dłuższy czas oderwało go od aktywności niepodległościowej. Dyplom inżyniera chemii uzyskał w 1912 r., specjalizację w zakresie syntetycznych barwników – rok później.

Wybuch I wojny światowej początkowo niewiele zmienił w jego życiu. Wcześniej się ożenił, powoli zbliżał do trzydziestki – Kwiatkowski myślał wtedy głównie o ustatkowaniu się i karierze zawodowej. A jednak w 1916 r. zgłosił się do Biura Werbunkowego Legionów w Chełmie. Właśnie z jego karty werbunkowej mamy opis jego powierzchowności: miał 178 cm wzrostu, oczy piwne, nos proporcjonalny, a w rubryce „kolor włosów” zapisano: „szatyn”. Władał ponadto trzema językami: polskim, angielskim i niemieckim. Zapewne jego wykształcenie zrobiło na oficerach wrażenie, bo choć w kwietniu był zaledwie szeregowcem, już w lipcu stał się chorążym. Nie walczył co prawda z bronią w ręku, ale wyraźnie ożywił się politycznie. Dryfując raczej w stronę Ligi Narodowej, organizował różnego rodzaju kółka dyskusyjne i kluby, sporo też publikował na tematy historyczne, niepodległościowe, ale – co ciekawe – także naukowe. W tym właśnie okresie bardzo zachęcał, np. na łamach różnych pism, do szerokiego wykorzystywania gazów w gospodarstwach domowych.

11 listopada 1918 r. zastał go w mundurze, na posterunku w Łukowie. Wraz z członkami POW brał udział w rozbrajaniu oddziałów niemieckich i tworzeniu polskiej administracji. Co interesujące, dzień odzyskania niepodległości skomentował raczej jako ekonomista. Pisał:

„W szarym listopadzie 1918 r., po wiekowej, beznadziejnej niewoli […] po doszczętnym zrujnowaniu wielkiej części majątku narodowego, po wyeksploatowaniu kraju ze wszystkich sił żywotnych, po całkowitej zagładzie podstaw walutowych, kredytowych, komunikacyjnych, na zgliszczach przemysłu, rolnictwa i handlu, zajaśniał wreszcie ten oczekiwany od tylu pokoleń dzień wolności”.

Dla niego również, i to całkiem dosłownie. 28 lutego 1919 r. został zwolniony ze służby i rozpoczął karierę w administracji młodego państwa. Początkowo skromnie, jako starszy referent Sekcji VI Mechanicznej w Ministerstwie Robót Publicznych. Ale ambicje miał wyższe. Zaczął publikować w branżowych pismach artykuły o znaczeniu gospodarczym gazu ziemnego – wobec wciąż niepewnej sytuacji Górnego Śląska surowca mającego zwiększyć bezpieczeństwo energetyczne kraju. Pisał też o potrzebie rozbudowy przemysłu chemicznego w Polsce.

Jego wizje z pewnością zwróciły uwagę zwierzchników, skoro na początku 1920 r. wysłano go na rokowania do Berlina, a Niemcy – o czym trzeba pamiętać – w pierwszej dekadzie niepodległości były głównym partnerem handlowym Polski. Wkrótce odszedł z Ministerstwa Robót Publicznych i podjął pracę – już jako zastępca kierownika – w Wydziale Sekcji Chemicznej. Ale nie tylko. Współpracując z Polskim Komisarzem Plebiscytowym Wojciechem Korfantym, publikował artykuły o znaczeniu gospodarczym Śląska dla Polski.

„Pomorze i Śląsk są podstawą niezależności gospodarczej i politycznej Polski, a jako takie stwarzają mocną zaporę dla germańskiej tendencji parcia na Wschód, a jednocześnie paraliżują swobodę ruchów niemieckich na Zachodzie. W ostatecznym rezultacie, są to dwa najbezwzględniejsze i najmocniejsze hamulce przeciwko kontynentalnej supremacji Niemiec w Europie” – pisał, publikując w tym mniej więcej czasie również opracowanie „Węgiel kamienny jako surowiec chemiczny”. Ten ostatni tekst był być może przełomem w jego karierze. Ukazał się bowiem nakładem Instytutu Badań Naukowych i Technicznych „Metan”, ściśle związanym z Ignacym Mościckim – wtedy profesorem Politechniki Lwowskiej, a niezadługo prezydentem RP.

Po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej poświęcił się Kwiatkowski działalności naukowej, choć tak jak wcześniej była to nauka do wykorzystania w praktyce i powiązana z gospodarką Polski. Mościcki z pewnością znał jego artykuły, a jego biografowie odnajdują nawet konkretne myśli Kwiatkowskiego w różnego rodzaju ówczesnych przemówieniach profesora. Nic też dziwnego, że kiedy Mościcki organizował zakłady chemiczne w Chorzowie, natychmiast zobaczył w nich Kwiatkowskiego.

„W kwietniu 1923 r. udało mi się pozyskać dla wytwórni chorzowskiej inżyniera Eugeniusza Kwiatkowskiego jako dyrektora technicznego. Swoją współpracą tak mnie odciążył, że już po niedługim czasie mogłem swoje zajęcia dzielić po połowie z Chorzowem i Politechniką Lwowską” – przyznawał przyszły prezydent.

Ignacy Mościcki nie przesadzał. Kwiatkowski właśnie w Chorzowie okazał się jednocześnie bardzo sprawnym menedżerem. Jego wnuczka, Julita Maciejewicz-Ryś, wspominała, że przy opracowywaniu strategii dla fabryki przygotowano dziesięć różnych jej wersji, z których po szczegółowej analizie wybrano dwie, a następnie tę ostateczną.

„Czy w działalności gospodarczej mieliśmy lub mamy wielu takich menedżerów, którym chce się opracowywać po dziesięć różnych koncepcji prowadzenia firmy, którą kierują?” – pytała Julita Maciejewicz-Ryś.

Po przewrocie majowym Piłsudskiego Ignacy Mościcki został prezydentem Polski. Podobno nie bardzo miał na to ochotę – posiadał ugruntowaną pozycję jako profesor chemii, a także zapewnione dostatnie życie jako przemysłowiec wcielający zasady tejże chemii w życie gospodarcze kraju. Anegdota głosi, że skłonił go do przyjęcia funkcji głowy państwa dopiero telefon Piłsudskiego do jego ówczesnej małżonki, która znalazła dość argumentów, by męża przekonać. Jakkolwiek było naprawdę, 4 czerwca 1926 r. Mościcki zamieszkał na Zamku Królewskim w Warszawie.

„Mościcki – wielki wizjoner uprzemysłowienia Polski – szukał sprzymierzeńca, który jego wizje potrafiłby wcielić w życie, przede wszystkim w dziedzinie przemysłu chemicznego, elektrotechnicznego i obronnego, a także do energicznej kontynuacji dzieła podjętego przez prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i premiera Władysława Grabskiego budowy portu w Gdyni i magistrali węglowej Śląsk–Gdynia. Taką bratnią duszę znalazł w Kwiatkowskim, oferując mu tekę ministra przemysłu i handlu w kolejnych pomajowych gabinetach, pracujących od 8 czerwca 1926 do grudnia 1930 r.” – pisał historyk Marian Marek Drozdowski.

Istotnie kolejne cztery lata wypełniły Kwiatkowskiemu obowiązki państwowe. Konkretnie: w rządach Kazimierza Bartla – od 8 czerwca do 24 września 1926, od 27 września do 30 września 1926, od 27 kwietnia 1928 do 13 kwietnia 1929 i od 29 grudnia 1929 do 17 marca 1930 r.; w rządach Józefa Piłsudskiego – od 2 października 1926 do 27 czerwca 1928 i od 25 sierpnia do 4 grudnia 1930 r.; w gabinecie Kazimierza Świtalskiego – od 14 kwietnia do 7 grudnia 1929, i Walerego Sławka – od 29 marca do 23 sierpnia 1930 r.

Ta nienaruszalność Kwiatkowskiego jest, nawiasem mówiąc, dość ciekawa, bo w żadnym wypadku nie można nazwać go piłsudczykiem i on sam tego nie ukrywał – wzbudzając przy tym aplauz opozycji politycznej. Mówił otwarcie, że chce „służyć wszystkim warstwom nowej, demokratycznej Polski, nie zaś jednemu obozowi i jednemu rządowi”, co było ewidentnym prztyczkiem w nos obozu władzy.

Ale Kwiatkowski odnotowywał sukcesy i liczby nie mogły kłamać. Wskaźnik produkcji przemysłowej w latach 1923–1929 wzrósł np. ze 100 do 120,6. Między 1926 a 1929 r. liczba polskich spółek akcyjnych wzrosła z 25 do 72, a liczba międzynarodowych porozumień kartelowych z udziałem firm polskich z ośmiu do 48. Nie wspominając o budowie tak efektownych obiektów jak Zakłady Azotowe w Mościcach (rzecz jasna nazwanych tak od nazwiska prezydenta) pod Tarnowem i oczywiście największym jego życiowym sukcesie – wówczas również propagandowym – czyli budowie portu w Gdyni, co w naturalny sposób pociągnęło za sobą w praktyce budowę całego, nowego miasta, z miejsca konkurencyjnego wobec Gdańska i zwielokrotniającego polski handel zagraniczny.

W tej ostatniej kwestii dane są przytłaczające. Jeśli w 1924 polski morski obrót towarowy wynosił 10, 3 tys. ton, to w 1928 r. – 2 mln ton. Nawiasem mówiąc, okazał się Kwiatkowski sprytnym graczem politycznym. Chcąc przekonać Piłsudskiego do zwiększenia wydatków na sprawy morskie, użył fortelu. Zaproponował w obecności córek Marszałka, żeby pierwsze statki nazwał ich imionami – Wandy i Jadwigi. O resztę nie musiał się już martwić.

W ciągu pierwszej połowy lat trzydziestych XX wieku Kwiatkowski stronił od polityki, skupiając się na funkcji dyrektora Państwowych Fabryk Związków Azotowych w Mościcach i Chorzowie. Na salony władzy wrócił w październiku 1935 r., kiedy przyjął tekę wiceministra w rządzie Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego, a następnie, od 15 maja 1936 r. – Felicjana Sławoja Składkowskiego. W tym okresie swojego urzędowania musiał pogodzić dwa palące problemy Polski lat trzydziestych– galopujące ubóstwo społeczeństwa, zwłaszcza wsi, oraz konieczność zbrojenia państwa. Na pierwszy problem był szczególnie wrażliwy. Jak pisał:

„Wieś polska w XX w. powróciła prawie do gospodarki naturalnej. Szereg potrzeb wsi zaspokaja się w sposób anormalny i niezwykle prymitywny, zapałki dzieli się na części, wraca się do łuczywa, a transport pieszy i kołowy nawet na znaczne odległości przyszedł ponownie – po przerwie od końca XIX w – do znaczenia”.

Obie kwestie starał się Kwiatkowski załatwić jednym posunięciem: stworzeniem Centralnego Okręgu Przemysłowego. Nie była to myśl nowa. Jeszcze w latach dwudziestych opracował koncepcję tzw. trójkąta bezpieczeństwa, czyli skoncentrowania i rozbudowania polskiego przemysłu w przestrzeni jak najbardziej odległej od granic kraju. Z jednej strony wynikało to oczywiście z zaplecza surowcowego, z drugiej nie bez znaczenia był fakt, że na planowanych na budowę COP-u terenach żyło ok. pół miliona bezrobotnych, tam też znajdowały się najuboższe i najmniej wydajne ziemie rolnicze.

Według projektu przedstawionego 4 lutego 1937 r. w Sejmie COP miał obejmować 15 proc. powierzchni kraju i 18 proc. jego populacji. Jego centralnym punktem miał być Sandomierz, wokół którego koncentrycznie rozszerzałby się on na 46 powiatów w czterech województwach: kieleckim, krakowskim, lubelskim i lwowskim, w tym na takie miasta jak: Lublin, Radom, Kielce, Przemyśl, Tarnów, Nowy Sącz, Rzeszów, Ostrowiec Świętokrzyski, Chełm i Zamość. Największe zakłady miały zatrudniać do 55 tys. ludzi, średnie i drobne – 36 tys., rzemiosło i handel miały zaś pozwolić zarobić ok. 15 tys. ludzi. Zważywszy, że 1937 r. był rokiem Wielkiego Strajku Chłopskiego, będącego przecież jedynie apogeum ogólnopolskiego wrzenia dolnych grup społecznych, COP stanowił realny sposób rozładowania sytuacji.

Kluczowy był jednak aspekt militarny. W zasadzie wszystkie zakłady w mniejszym lub większym stopniu produkowały na potrzeby wojska wszelkiego rodzaju infrastruktury militarne, względnie dostarczały strategiczne zapasy energii. I to właśnie sprawiło, że fabryki COP-u istotnie rosły bardzo szybko. Koszty były co prawda olbrzymie, ale – jak wyliczył kiedyś prof. Piotr Stawecki – w okresie 1936–1939 łączne wydatki na obronność kraju wyniosły 4,2 mld zł, czyli nieco ponad połowę całego budżetu Polski.

Eksperyment z COP-em miał szansę się udać, ale nie zdążył. Po 1 września 1939 r. wszystkie jego zakłady przejęli Niemcy, uruchamiając produkcję na potrzeby Wehrmachtu; po 1944 r. znalazły się one w rękach Rosjan, którzy sporą część maszyn, a czasem całe zakłady wywieźli w głąb ZSRS. Mimo tych strat spora część fabryk podjęła po wojnie produkcję dla Polski Ludowej.

Sam Kwiatkowski przyglądał się temu z oddali. Wraz z rządem ewakuował się do Rumunii, gdzie został internowany. Przeżył wojnę, po niej zaś wrócił do kraju i włączył się w „czyn odbudowy”. Nie znamy jego motywacji – komunistą nie był z pewnością. Trudno byłoby też nazwać go oportunistą – nigdy w każdym razie takiej cechy nie przejawiał. Warto zresztą zauważyć, że przez kolejne trzy lata – ostatnie lata jego publicznej aktywności – wiara w to, że Polska będzie jednak krajem demokratycznym, realnie istniała. I właśnie do 1948 r. Kwiatkowski był Delegatem Rządu dla Spraw Wybrzeża, następnie zaś, na fali czystki w łonie Polskiej Partii Robotniczej (do której w 1948 r. dodano przymiotnik – Zjednoczona) i odsunięcia od władzy Władysława Gomułki, został przymusowo odesłany na emeryturę. Swoje powojenne życie – a żył długo, bo jeszcze blisko trzydzieści lat – sam najlepiej podsumował w liście do Marii Mościckiej. 23 sierpnia 1973 r. napisał do żony swojego protektora:

„Jeżeli w przeszłości mogłem czegoś dokonać, zawdzięczam to przede wszystkim poparciu Męża Szanownej Pani […] Odmawia posłuszeństwa wzrok i ręka. Przeżyłem 60-lecie małżeństwa i jestem dwukrotnym pradziadkiem […] Zaraz po wojnie zajmowałem się odbudową zniszczonego całkowicie wybrzeża morskiego, a później publikowałem prace w zakresie chemii technicznej. Stanowiło to ówczesną podstawę materialną naszego bytu. W kręgu tych zagadnień koncentrowało się nasze ówczesne życie. Podobnie jak na Zachodzie i tu wygasa i kończy się egzystencja współczesnego mnie pokolenia i dość często resztki naszej generacji spotykają się na pogrzebach – ludzie minionej epoki”.

Dokładnie rok później, 22 sierpnia 1974 r., zmarł.

Na podstawie:

Marian Marek Drozdowski, „Eugeniusz Kwiatkowski. Człowiek i dzieło”, Kraków 1989

Janusz Zaręba, „Eugeniusz Kwiatkowski: romantyczny pragmatyk”, Warszawa 1998

Ignacy Mościcki, „Autobiografia”, Warszawa 1993

jiw / skp /

Copyright © Fundacja PAP 2019