23.10.2019
PL EN
08.04.2019 aktualizacja 08.04.2019

Gróbarczyk: nagłe ogłoszenie kontroli NIK ws. wraków na dnie Bałtyku to wzbudzanie paniki

Fot. Fotolia Fot. Fotolia

Nagłe ogłoszenie przez NIK kontroli ws. wraków na dnie Bałtyku to nieuzasadnione wzbudzanie paniki - uważa minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk. Dodano, że ministerstwo deklaruje chęć jak najdalszej współpracy z NIK.

Na początku kwietnia NIK zapowiedziała, że zbada, jak polskie służby monitorują zagrożenia ekologiczne wynikające z zalegającego w zatopionych wrakach ropopochodnego paliwa oraz broni chemicznej. Izba wskazała, że na dnie Bałtyku zidentyfikowano ok. 300 wraków okrętów, w tym ok. 100 w Zatoce Gdańskiej. Te najgroźniejsze to pochodzące z okresu II wojny światowej Stuttgart i Franken.

"Z pierwszego już wydobywa się paliwo, drugi, z powodu korozji może się zapaść w każdej chwili i spowodować ogromną katastrofę ekologiczną. Do tego w rejonie Głębi Gdańskiej może spoczywać na dnie co najmniej kilkadziesiąt ton amunicji i bojowych środków trujących (BŚT), w tym jeden z najgroźniejszych, iperyt siarkowy. Od czasów wojny kilkakrotnie doszło do poparzenia nim rybaków i plażowiczów" - podała NIK.

"Nagłe ogłoszenie wszczęcia kontroli przez Najwyższą Izbę Kontroli oceniam jako nieuzasadnione wzbudzanie paniki. Jednoznacznie ma to związek z prezesem NIK, który jest politykiem wykorzystującym doniesienia medialne do swoich partykularnych celów" – poinformował Gróbarczyk w stanowisku resortu zamieszczonym w poniedziałek na stronie MGMiŻŚ.

Zdaniem Gróbarczyka, "tego rodzaju upolitycznione działanie prezesa NIK może powodować nieodwracalne straty dla gospodarki terenów nadmorskich oraz atrakcyjności turystycznej obszarów nad Zatoką Gdańską". Minister dodał, że wywoływanie paniki oraz atmosfery zagrożenia spowoduje jedynie masowy odpływ turystów, jak również dramatyczne załamanie się przychodów ludzi zarabiających na turystyce.

Gróbarczyk już w piątek zapewniał - odnosząc się do zapowiadanej przez NIK kontroli - że nie ma bezpośredniego zagrożenia wyciekiem paliwa z zatopionego wraku tankowca Franken na dnie Bałtyku. Zaapelował, też "żeby ten temat nie był używany politycznie, bo on szkodzi przede wszystkim Trójmiastu i ruchowi turystycznemu".

W odpowiedzi na to, NIK w piątkowym komunikacie przesłanym PAP przekazała, że kontrola Izby "jest efektem licznych sygnałów od dziennikarzy i naukowców, którzy alarmują, że na dnie Bałtyku w pobliżu polskiego wybrzeża spoczywają bomby ekologiczne". Izba podkreśliła, że "jest instytucją apolityczną i w żaden sposób wyżej wymieniona kontrola nie wiąże się z polityką".

Ministerstwo w poniedziałkowym stanowisku wskazało, że publikacja NIK z początku kwietnia zawiera treści nieprawdziwe. "Zapisano w niej bowiem bez jednoznacznych dowodów, że +W zbiornikach (wraku "Franken") może być co najmniej 1,5 mln ton mazutu i innych paliw+" - czytamy.

Resort tłumaczy, że faktyczna ilość paliwa w chwili rozpoczęcia ataku lotniczego na wcześniej uszkodzony okręt (2 kwietnia 1945 r.) była zdecydowanie mniejsza od ilości zamieszczanych w mediach. "Ilości te są jedynie szacowane na podstawie kolejnych hipotez. Głównie w oparciu o informacje zawarte w przechwyconym meldunku z 29 marca 1945 r. i dokumentacji stoczniowej jednostki, z których wynika, że w zbiornikach mogło znajdować się około 3000 ton paliwa różnego rodzaju. Nie uwzględnia się w ostatecznym rozrachunku niemieckich działań taktycznych i serwisowych w czasie kolejnych dziesięciu dni, do chwili zatopienia jednostki. W tym okresie paliwo i inne zaopatrzenie było wydawane na inne jednostki niemieckie operujące w rejonie Zatoki Gdańskiej" - napisano.

Ministerstwo przypomniało, że podczas zatopienia Frankena przez lotnictwo radzieckie (8 kwietnia 1945 r.) na skutek kolejnych eksplozji radzieckich bomb i amunicji znajdującej się wewnątrz transportowca, doszło do rozerwania i przełamania kadłuba, rozszczelnienia zbiorników i potężnego rozlewu paliwa lekkiego na powierzchni morza. Rozlew ten, objęty widocznym z obszaru całej Zatoki Gdańskiej pożarem, jak wynika ze zdjęć, płonął jeszcze przez co najmniej dobę.

"Na podstawie wyników analiz można stwierdzić, że we wraku nie ma już paliwa lekkiego, które mogłoby zostać uwolnione i wypłynąć na powierzchnię morza. Jedyną pozostałością mogą być paliwa ciężkie (mazuty), które uwięzione w osadach dennych, przechodząc we frakcje asfaltów, nie stanowią istotnego zagrożenia dla środowiska. Badania jakości wody w rejonie rozlewów z czasów II Wojny Światowej nie wykazują zanieczyszczeń w toni wodnej w rejonie zalegania wraku. Substancje ropopochodne związane w dnie, są nierozpuszczalne i pokryte osadami, ulegają powolnemu rozkładowi" - przekazał resort.

Ministerstwo zapewnia, że Urząd Morski w Gdyni od wielu lat prowadzi badania i monitoring miejsc potencjalnych zanieczyszczeń pochodzących z wraków statków pozostawionych na dnie Bałtyku w wyniku działań wojennych. Monitoring ten obejmuje cotygodniowy zwiad lotniczy, analizę zdjęć satelitarnych, w ramach programu Clean Sea Net, a także badania na miejscu w zakresie zmian zachodzących w danym wraku i pojawiania się plam ropopochodnych na powierzchni wody. Zbierane są także wszelkie przydatne informacje o zagrożeniach od użytkowników morza (rybaków, marynarzy, nurków).

"Powyższe informacje stanowią jedyny miarodajny dowód na brak poważnego zagrożenia oraz jakiegokolwiek niekontrolowanego uwolnienia się substancji ropopochodnych do Morza Bałtyckiego. (...) należy również podkreślić, że z tego powodu nie było i nie ma zagrożenia powodującego zamknięcie plaż nad zatoką gdańską" - zapewnił resort.

MGMiŻŚ podkreśliło, że na każdym kroku deklaruje chęć jak najdalszej współpracy z NIK, "ponieważ jest to niezwykle istotna instytucja z punktu widzenia sprawnego funkcjonowania państwa".

"Jednakże zwracam się do prezesa Kwiatkowskiego (Krzysztofa - prezesa NIK - PAP) o to, by nie wykorzystywał tej instytucji do realizacji swoich osobistych interesów, mających na celu walkę polityczną. Tak destrukcyjne działania mają katastrofalny wpływ na renomę polskiego wybrzeża nad Zatoką Gdańską" – podkreślił minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej.

Kontrola NIK "Przeciwdziałanie zagrożeniom wynikającym z zalegania materiałów niebezpiecznych na dnie Morza Bałtyckiego" ma się rozpocząć w kwietniu. Badane będą Urzędy Morskie, Ministerstwa Środowiska oraz Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, a także urząd Generalnego Inspektora Ochrony Środowiska. Prezes NIK Krzysztof Kwiatkowski tłumaczył, że kontrola "podjęta z inicjatywy własnej NIK ma przede wszystkim sprawdzić, czy podjęto właściwe działania wobec zatopionych materiałów niebezpiecznych - wraków z paliwem i bojowych środków trujących, jak szacowane są ryzyka wystąpienia skażeń i jak urzędy monitorują miejsca, w których znajdują się wraki i broń". (PAP)

autor: Aneta Oksiuta

aop/ je/

Copyright © Fundacja PAP 2019