11.08.2020
PL EN
22.07.2020 aktualizacja 22.07.2020

“Co za ohyda!” - e-FE-ktowne opowieści o robalach, wydzielinach i innych paskudztwach

“Co za ohyda! Po mrocznej stronie nauki” Eriki Engelhaupt to zbiór artykułów na tematy, od których przewraca się w żołądku. Czy jeśli umrzesz w domu, to prędzej zje cię twój pies, czy twój kot? Co się dzieje z woskowiną, kiedy ruszasz szczęką? Jakie gigantyczne twory krążą w kanalizacji? Jeśli brakuje ci w życiu emocji, jaką jest wstręt, to ta książka jest właśnie dla ciebie.

W tej książce aż roi się od ciekawostek, którymi ciężko będzie się pochwalić przy rodzinnym obiadku. Autorka bloga Gory details zebrała w jednym miejscu swoje ulubione artykuły na tematy, których nie należy poruszać z pełnym żołądkiem (a niektórych tematów w ogóle chyba nigdy nie będę miała potrzeby poruszać).

Jest tu np. rozdział o tym, dlaczego czasem pieski lub kotki zjadają (lub przynajmniej napoczynają) ciało swoich zmarłych właścicieli. Engelhaupt wyszukała w literaturze opisy sytuacji, kiedy pupil połakomił się na zwłoki właściciela i podsumowuje: “Ludzie zazwyczaj uważają psy za lojalne, natomiast koty za wyniosłe drapieżniki gotowe schrupać cię już przy pierwszym spotkaniu. Okazuje się jednak, że w większości w analizowanych w artykułach przypadków to nie koty, a psy pożerały swoich właścicieli”.

Autorka zwraca uwagę, że pupile, aby napocząć martwego właściciela, wcale nie muszą być bardzo wygłodzone. Zwierzęta domowe - jak pisze - najczęściej nie nadgryzają bowiem brzucha właściciela, tylko dobierają się... do jego twarzy. A to raczej nie jest najsmakowitsza część ciała. Pisarka wyjaśnia, z czego to może wynikać. Pies lub kot może chcieć po prostu pomóc nieprzytomnemu właścicielowi, liżąc go lub szturchając po twarzy. Kiedy to nie zadziała - zwierzę staje się nerwowe i jego stres może prowadzić do bardziej gwałtownych zachowań - może zacząć szarpać i gryźć. A kiedy już poczuje krew - budzą się instynkty.

Tematów jednak, które wzbudzają wstręt (ale i dziwny rodzaj zaciekawienia) jest w książce naprawdę sporo. Jest i historia o ważącej 143 tony góry tłuszczu odkrytej w londyńskich kanalizacjach.

Jest i fragment o tym, jak to muchy plujki lgną do ludzkiego nasienia. Zjadają je znacznie chętniej niż krew czy ślinę. Co gorsza DNA ze spermy można znaleźć potem w odchodach takich much. A to wpływać może na wyniki badań kryminalistycznych, tym bardziej, że kupę muchy łatwo można pomylić na miejscu przestępstwa z plamką krwi.

Dowiemy się też z książki, że wosk z ucha to “płyn nienewtonowski i pseudoplastyczny”. Gdy poruszamy szczęką, staje się bardziej płynny, niż gdy szczęką nie ruszamy. Zaczyna płynąć, zbierając po drodze zanieczyszczenia w przewodzie słuchowym.

Tym, co zapamiętam z książki jest też na pewno to, żeby pod żadnym pozorem nie jeść surowych ślimaków, pareczników, krewetek, żab czy krabów słodkowodnych (a także uważać, by myć owoce i warzywa, po których ślimaki mogły przechodzić). Jeszcze nie mam ochoty, żeby w mózgu zalęgły mi się nicienie.

Autorka stara się jak może, żeby wywołać w czytelniku obrzydzenie. Ale i podziw, że uczucie wstrętu może mieć tyle różnych oblicz. Książka może nie jest najwybitniejszą lekturą, jaką miałam ostatnio w rękach, ale nie można jej odmówić, że budzi żywe emocje.

Ludwika Tomala

Zapisz się na newsletter
Copyright © Fundacja PAP 2020