24.10.2020
PL EN
19.09.2020 aktualizacja 20.09.2020
Marek Matacz
Marek Matacz

Ekspert: pandemia przyspieszyła robotyzację; skutki tego odczujemy za kilka lat

Fot. Adobe Stock Fot. Adobe Stock

Roboty pojawiają się coraz częściej nie tylko na halach produkcyjnych, ale także w biurach - jako voiceboty, chatboty i inteligentne roboty programowe, które mogą wyręczyć człowieka. Pandemia jeszcze przyspieszyła to zjawisko, ale jego skutki na dobre odczujemy dopiero za kilka lat - mówi PAP prof. Andrzej Sobczak z SGH.

Prof. SGH, dr hab. Sobczak jest kierownikiem Zakładu Zarządzania Informatyką w Szkole Głównej Handlowej i redaktorem serwisu Robonomika.pl. W rozmowie z PAP opowiada o szansach i zagrożeniach związanych z robotyzacją w przemyśle, handlu i usługach.

PAP: Według badań, w związku z pandemią prawie co piąty Polak boi się, że straci pracę na rzecz robota czy inteligentnego oprogramowania. Czy pojawienie się koronawirusa rzeczywiście wpłynęło na robotyzację i stworzyło takie zagrożenie?

Prof. Andrzej Sobczak: Automatyzacja działalności przedsiębiorstw – w szczególności wprowadzanie robotów czy inteligentnych programów - nie dzieje się z dnia na dzień. To dłuższy proces. Trudno więc powiedzieć, aby pandemia go spowodowała, ale na pewno przyspieszyła w wielu organizacjach. Liczne firmy zobaczyły, że to konieczność. Można powiedzieć, że epidemia stała się katalizatorem zmian. Pierwsze efekty tego powinniśmy zobaczyć pod koniec tego roku i na początku przyszłego.

PAP: Jakie to będą zmiany - te bliższe, ale też te późniejsze? Specjaliści mówią często wręcz o rewolucji.

A.S.: Najczęściej mówiąc o robotach, ludzie myślą o maszynach przemysłowych, które na przykład montują samochody czy części do samolotów. Jednak drugi obszar robotyzacji to szeroko pojęty sektor usług i handlu. Przedsmakiem takich zmian są na przykład automatyczne sklepy samoobsługowe. Akurat nie powstały ze względu na pandemię tylko z powodu ustawy ograniczającej handel w niedzielę, jednak dobrze pokazują, w jakim kierunku zmierza technologia. Ale to nie ten obszar gospodarki będzie podlegał w najszerszym stopniu transformacji.

PAP: Gdzie możemy się więc spodziewać największych zmian?

A.S.: Największa rewolucja, która dotknie sporą część z nas, nie będzie spektakularna, ale zmiany będą głębokie. Chodzi o robotyzację wszystkich procesów, które mają miejsce w firmach usługowych i być może w administracji publicznej. Nie mówimy tutaj o robotach fizycznych, tylko o zastępującym człowieka oprogramowaniu – tzw. narzędziach do robotyzacji procesów biznesowych (RPA – Robotic Process Automatuon). Możemy wymienić m.in. banki, firmy ubezpieczeniowe, telekomunikacyjne czy centra usług wspólnych, w tym tzw. BPO (Business Process Outsourcing) i SSC (Shared Service Center), które w pierwszej kolejności stosują te narzędzie informatyczne. Takie programy można wdrożyć dużo szybciej i taniej niż roboty przemysłowe. Warto zwrócić przy tym uwagę, że w samym sektorze BPO pracuje w Polsce 300 tys. osób, a dla porównania np. w górnictwie - 100 tys.

PAP: Co te systemy potrafią?

A.S.: W tej chwili przejmują proste, powtarzalne czynności wykonywane dotąd przez człowieka. Spójrzmy na bank - na jego zapleczu pracują setki osób, które wykonują dosyć mozolną, powtarzalną pracę. Chociażby przenoszą dane między różnymi systemami. To może zrobić inteligentny robot programowy. Automaty stają się przy tym coraz mądrzejsze. Nowa, wdrażana już generacja na przykład rozumie już potoczny język.

PAP: Zatem mówimy też na przykład o kontaktach z klientami.

A.S.: To kolejny ważny obszar automatyzacji. Część firm w działach obsługi klienta czy w call center wdraża już tzw. voiceboty. Zamiast z człowiekiem można przez telefon porozmawiać z takim programem. Potrafią one nawet radzić sobie z regionalnym dialektem. Komputer wysłucha klienta, zinterpretuje to, co dana osoba mówi i udzieli odpowiedzi. Jedno z najciekawszych wdrożeń tego typu przeprowadziła firma Orange. Inny przykłady to Warta czy Alior Bank. Ponieważ młode pokolenie przyzwyczajone jest do rozmów tekstowych - SMS-ów czy chatów, równolegle wdrażane są chatboty, z którymi można porozmawiać w taki sposób. Jeden z wrocławskich startupów – Infermedica - stworzył na przykład program, który na podstawie podawanych przez rozmówcę informacji stawia diagnozę medyczną – w tym określa prawdopodobieństwo zakażenia koronawirusem.

PAP: Coraz mniej ludzi będziemy więc spotykać po drugiej stronie połączenia?

A.S.: Można przewidywać, że obsługa przez człowieka będzie zarezerwowana dla klientów premium. Trzeba będzie za to dodatkowo zapłacić, albo w inny sposób znaleźć się w wyróżnionej grupie.

PAP: Biorąc pod uwagę moc obliczeniową komputerów, można chyba założyć, że taki system może w praktyce zastąpić dowolną liczbę pracowników.

A.S.: Tak, te systemy są bardzo skalowalne. Na początku firmy często eksperymentują - wdrażają takie roboty programowe na mniejszą skalę, po kilku miesiącach zauważają, że się doskonale sprawdzają i zwiększają ich wykorzystanie.

PAP: A co z transportem? Autonomiczne samochody są już dosyć zaawansowane. W przyszłości może więc kierowcy przestaną być potrzebni, potem maszyniści, piloci?

A.S.: Na pewno samobieżne pojazdy będą częścią naszego krajobrazu. Nie mówimy tylko o samochodach osobowych, ale głównie o transporcie towarów - samochodowym czy kolejowym. Na początku człowiek będzie wykonywał większość czynności, jednak potem te role się odwrócą. Oczywiście będzie konieczne stworzenie odpowiedniej infrastruktury i regulacji, aby zminimalizować ryzyko katastrof, a nawet wypadków.

PAP: Jakie są największe zalety automatów?

A.S.: Po pierwsze się nie nudzą. Wykonaliśmy kiedyś badania, według których przeszkolenie pracownika na bardziej wymagające stanowisko trwa 6 a nawet 9 miesięcy. Kiedy ukończył on szkolenie, zaczynał już rozglądać się za inną pracą (to cecha wielu osób młodego pokolenia – poszukują ciągle nowych wyzwań). Robot popełni też znacznie mniej błędów. Do tego może pracować po godzinach, w weekendy czy w święta. Może też zająć się obsługą dopiero testowanych, początkowo mało dochodowych, innowacyjnych procesów.

PAP: A kiedy się go chce doszkolić, to wystarczy wgrać nowe oprogramowanie?

A.S.: Zgadza się. Jest takie powiedzenie, że robot uczy się szybciej niż człowiek. Możliwości technologii rosną wykładniczo, a ludzki potencjał pozostaje taki sam lub zwiększa się bardzo wolno. Z tego powodu pojawia się nawet luka w kompetencjach, jeśli chodzi o współpracę ludzi z robotami.

PAP: A co z kreatywnością? Komputer może się jej nauczyć?

A.S.: Roboty są w stanie uczyć się w pewnych ramach. Powstają już np. oparte na sztucznej inteligencji systemy, które mają pewne zdolności poznawcze i dopasowują swoje działanie do nowych sytuacji. Potrafią obsłużyć np. nowy typ dokumentów czy w przypadku samochodów - rozpoznać nieznaną przeszkodę na drodze. Wydaje mi się jednak, że kreatywne jeszcze długo nie będą. Być może to jest cecha zarezerwowana dla ludzi. Istnieją już na przykład programy, które komponuję muzykę, czy malują. ale one nie tworzą samodzielnie. Nauczono je malować jak Matejko czy Van Gogh albo komponować jak Chopin albo Mozart. Natomiast nie są w stanie stworzyć czegoś zupełnie od zera.

PAP: Czy więc z czasem dla ludzi pozostaną tylko takie zawody, jak inżynierowie, menedżerowie czy artyści?

A.S.: Człowiek sprawdzi się wszędzie tam, gdzie potrzebny jest bezpośredni kontakt z drugą osobą. Tak wygląda np. praca lekarzy, opiekunów, psychologów. To jednak jest daleka przyszłość. Na razie raczej automaty i roboty będą wspomagały ludzi. Mówi się nawet o inteligencji rozszerzonej (augmented reality), czyli łączeniu sił ludzkich i maszyny. Już teraz można wskazać pracowników biur obsługi klienta, których działanie wzmocnione przez inteligentne roboty programowe pozwala obsłużyć większą liczbę klientów w tym samym czasie, popełniając przy tym mniej błędów.

PAP: Czy więc obawy o utratę pracy są nieuzasadnione?

A.S.: Moim zdaniem, obecnie znajdujemy się w oku cyklonu. Robotyzacja jest nieunikniona ze względu na presję kosztów i konkurencji. Natomiast dzisiaj roboty nie będą jeszcze powodowały zwolnień. Niedawno pewien bank wprowadził chatboty. Nie zwolnił z tego powodu nikogo, ale zrezygnował z zatrudnienia nowych osób. Musimy się przygotować, że za 3-4 lata zmiany będą jednak dużo głębsze. Wiele osób, które ma jeszcze kilka, kilkanaście lub więcej lat do emerytury, będzie musiało zdobyć nowe kompetencje. Co ciekawe, zmiany najmniej dotkną zawody, w których potrzebne są fizyczne umiejętności, takie jak kafelkarz czy hydraulik, a najbardziej te, które wiążą się z praca w biurze.

PAP: Jak można zaradzić negatywnym skutkom takich głębokich zmian. Jeśli roboty różnego rodzaju będą sprawniejsze i tańsze od zatrudniania ludzi, to teoretycznie ogólny dobrobyt powinien dzięki temu rosnąć. Jeden z najprostszych pomysłów, który pomógłby to osiągnąć to podatek od robotów.

A.S.: Aby dobra wytwarzane przez maszyny ktoś mógł kupić, ludzie muszą mieć pieniądze. Pomysły na zaradzenie kłopotom są dwa. Jeden to właśnie opodatkowanie producentów albo użytkowników robotów. Drugie, związane z tym rozwiązanie polega na wprowadzeniu podstawowego, gwarantowanego dochodu dla wszystkich obywateli. Pieniądze miałyby powchodzić m.in. z opodatkowania robotów. Z takim dochodem podstawowym zaczynają eksperymentować np. Niemcy. Na razie jednak takie projekty mają charakter badawczy.

PAP: Jak postrzega Pan Polskę pod względem robotyzacji?

A.S.: Jeśli chodzi o roboty przemysłowe, to w kraju jest ich niewiele w stosunku do państw ościennych (kilka razy mniej). Wynika to m.in. z tego, że przez ostatnie 15-20 konkurowaliśmy głównie tanią siłę roboczą. Dlatego pojawił się pomysł ustawy, aby przyznać duże ulgi firmom, które będą wdrażała roboty. Jednak, ogólnie patrząc, w naszym kraju na drodze do robotyzacji stoją trzy bariery. Pierwsza to przeszkoda mentalna. Wielu menedżerów pyta, po co wprowadzać nowe sposoby, skoro dawne się sprawdzają. Odpowiedź jest taka, że trzeba to robić, ponieważ świat się zmienił. Drugi problem jest taki, że automaty kosztują. Trzecia bariera dotyczy kompetencji. Choć w międzynarodowych konkursach Polska szczyci się rewelacyjnymi informatykami, to kompetencje cyfrowe, szczególnie bardziej zaawansowane, są w kraju na niskim poziomie. Na przykład aż 85 proc. pracodawców w ogóle nie rozważa tego, czy automatyzacja wpłynie na kompetencje pracowników. Tymczasem na świecie proporcje te są dokładnie odwrotne.

PAP: Co więc powinniśmy zrobić?

A.S.: Musimy oswoić się z myślą, że od robotyzacji nie uciekniemy - zarówno w skali mikro – pojedynczych firm, i w skali makro – całej gospodarki. Za parę lat znajdziemy się w nowej rzeczywistości. Nie będzie to efektem jednego spektakularnego wydarzenia, ale odbędzie się w formie szeregu małych zmian. Jeżeli chcemy zupełnie nie wypaść z tego maratonu, potraktujmy obecną sytuację pandemiczną jako katalizator do szeregu działań związanych z cyfrową transformacją.

Rozmawiał Marek Matacz (PAP)

PAP - Nauka w Polsce

mat/ agt/

Copyright © Fundacja PAP 2020