21.07.2019
PL EN
10.10.2013 aktualizacja 10.10.2013

Archeolog we mgle

Głos polskiej archeologii nie jest słyszalny. Środowisko naukowe coraz bardziej pogrąża się w izolacji i niezrozumieniu współczesnego świata mediów, który jest odbiciem oczekiwań społecznych. Dodatkowo, jest zdziwione, dlaczego tak się dzieje

Polscy archeolodzy przegapili moment, w którym przestali panować nad komunikacją ze światem zewnętrznym. Nie ukazuje się żadne czasopismo promujące archeologię w sposób popularnonaukowy. W polskim Internecie można wymienić na palcach jednej ręki witryny choć częściowo piszące o archeologii w sposób wiarygodny. A telewizja? Nie ma żadnego polskiego serialu promującego tylko ten temat. Podobnie jest zresztą z radiem, gdzie tylko czasem trafia się w audycjach naukowych temat poświęcony najstarszym dziejom człowieka.

Polska archeologia nie ma wypracowanego komunikatu, po co jest i kto ją tworzy. Idzie za tym brak zrozumienia społecznego. Pojawiają się pytania - komu potrzebny ten zawód? A najbardziej oczywista odpowiedź to: po to, aby znajdować skarby, utrudniać pracę przy kluczowych  inwestycjach i wznoszeniu domów.

ARCHEOLOG BEZ SIECI

Co gorsza, archeologom nie bardzo chce się uczyć nowych metod komunikacji ze światem zewnętrznym. Czasem wypowiadają się dla mediów, ale co mówią? Że odkryli drapacz przemysłu aszelskiego? Taki bełkot nie jest dla nikogo zrozumiały. Archeolodzy nie przyglądają się dynamicznie zmieniającemu się światu mediów. A może tak, ale bez jego okiełznania? Prof. Przemysław Urbańczyk (jeden z polskich archeologów, którego refleksje są dla mnie paliwem dla umysłu, choć nie zawsze oznacza to zgadzanie się z nim) w czasie Pierwszego Kongresu Archeologii Polskiej stwierdził, że Internet jest areną nieustającej i niekończącej się dyskusji, a naukowy autorytet zastąpiła dominacja „like’ów”. A przecież to tylko jedna strona medalu. Kto chce znaleźć wiarygodne materiały i informacje – znajdzie je (choć jak pisałem wcześniej – z trudem). Zresztą wszystkie instytucje naukowe posiadają obecnie swoje witryny, gdzie mniej lub bardziej przystępnie prezentują swoje osiągnięcia. Internet nic tu nie zmienił – przecież kiedyś tylko w druku również ukazywały się bzdury. Jednak z pewnością globalna sieć wniosła sporo nowych możliwości interakcji.

NIEMY KRZYK

Polskie środowisko naukowe jest zdziwione, że jego głos nie jest słyszalny. W arcyciekawym raporcie „Promocja nauki. Poradnik dobrych praktyk” (to obowiązkowa lektura dla osób, którym temat jest nieobojętny) czytamy: „Jak pokazują badania przeprowadzone przez nas w 2007 roku na zlecenie Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, aż 80 procent pracowników instytucji naukowych twierdzi, że w ich instytucjach do działań promocyjno-informacyjnych przykłada się „duże” lub „bardzo duże” znaczenie. Pracownicy mediów, administracji rządowej i samorządowej oraz instytucji zajmujących się promocją wynalazczości skarżą się jednak: mamy kłopot w dotarciu do uczonych, jeśli nie znamy ich osobiście, oni sami nie wiedzą, co mają, to my szukamy kontaktu.” Co gorsza, z badań wynika, że 70 proc. przedstawicieli świata nauki kieruje swoje „działania informacyjne” do… innych naukowców. Większość z tych instytucji na działania promocyjne i informacyjne przeznacza 1 proc. swojego budżetu. „Mimo deklarowanego przywiązywania do dużego znaczenia do działalności informacyjno-promocyjnej, pracownicy instytucji naukowo-badawczych nie są przygotowywani do prowadzenia działań komunikacyjnych. Tylko jedna piąta instytucji przyznała, że kiedykolwiek szkoliła swoich pracowników w tym zakresie.” Na ile wyniki tych badań przekładają się na środowisko archeologiczne? Myślę, że nie odbiegają specjalnie od przedstawionych wyników. Od opublikowania badań minęło 5 lat. Nie widzę większej poprawy w tej materii.

ARCHEOLOG W SOCIAL MEDIACH

Wrogiem polskich archeologów w dotarciu ze swoim przesłaniem jest konserwatyzm komunikacyjny. Przekłada się to na trudności w posługiwaniu się narzędziami Web 2.0, czyli serwisów internetowych nastawionych na interakcję – poprawne umieszczenie zdjęcia profilowego w popularnym serwisie Facebook dla niektórych organizacji archeologicznych stanowi spore wyzwanie, nie mówiąc o zaawansowanym dialogu ze społecznością, czy to na wspomnianym portalu czy chociażby zupełnie zapomnianym przez polskich archeologów Twitterze. A jest to medium, dzięki któremu można dotrzeć do osób wpływowych – w Polsce korzystają z niego szczególnie chętnie politycy. Reasumując – polskie instytucje archeologiczne nie posiadają podstawowej znajomości technik public relations.

GŁOS USŁYSZANY

Archeolodzy nie wyjdą na ulice, by ich postulaty zostały przez ustawodawców rozpatrzone, jak górnicy czy nauczyciele – jest ich za mało, a poza tym zawód nie jest uważany za potrzebny. Archeolog to ciekawostka, egzotyka, zawód nadal kojarzony z Indianą Jonesem i przygodą. Ale nie poważnym fachem, raczej fanaberią. Dodatkowo archeolodzy nie są spójną grupą – pracują w muzeach, PAN, uniwersytetach, wojewódzkich urzędach ochrony zabytków, firmach prywatnych. Więc mają różne cele, priorytety. Z pewnością łączy ją niedofinansowanie, a pensje wynoszące minimum krajowe nie są wyjątkiem.

Dopóki archeolodzy nie uświadomią sobie, że potrzebują profesjonalnych lobbystów, PR-owców, doradców ds. promocji - ich głos nie będzie słyszalny! Pomoc wizerunkowa potrzebna jest na różnych polach w zależności od instytucji. Muzeom pomogliby absolwenci PR, specjaliści od „komunikacji naukowej” (w Polsce nie ma takich studiów – za Zachodzie i USA są już dawno), którzy będą wraz z kuratorami tworzyć wystawy i ich treści – kto teraz czyta obfite teksty towarzyszące szarym skorupom w gablotach? W PAN przydaliby się fachowcy od PR, którzy ukazaliby prace archeologa jako ważną – i pomogli zdobyć środki na kolejne badania. Lobbyści archeologii przydaliby się środowiskach parlamentarnych – żeby promować istotne dla środowiska, a przede wszystkim – polskiego dziedzictwa - rozwiązania prawne.

„CHANGE”

Archeologów czeka dużo pracy. Przydałyby się szkolenia z zakresu promocji, autoprezentacji, studia, chociażby podyplomowe z zakresu PR. Nie zawsze trzeba zatrudniać od razu profesjonalnych PR-owców (zresztą ci za tak niskie pieniądze raczej o to się nie pokuszą). Rozwiązanie? Zarządzający muszą znaleźć pieniądze na te działania i osoby z chęciami i potencjałem w zakresie promocji ich organizacji. Kto najlepiej zna placówkę, jeśli nie jej pracownik, może nawet archeolog z żyłką do popularyzacji? Zapewne stworzenie odpowiedniego stanowiska spowoduje okrojenie innych działów. Pewnie tak, ale obecne kolosy ciągną polską archeologię na dno. W dłuższej, a może nawet nie za długiej perspektywie, zmiany opłacą się instytucjom i polskiej archeologii. Musi pojawić się wola ze strony osób kierujących placówkami – to raz, a ci powinni wyrazić ją swoim organizatorom i uzyskać od nich wsparcie.

Zmiana to ryzyko. Ale bez tych zmian ryzyko jest jeszcze większe – teraz wiadomo, że archeologia zmierza donikąd, ku przepaści, izolując się od świata zewnętrznego. „Broniąc” się od świata mediów. Podejmując działania zmierzające do poprawy nie ma w zasadzie nic do stracenia. Dlatego tym bardziej ważny jest głos Kongresu Archeologii Polskiej, który apeluje o zjednoczenie polskiego środowiska archeologicznego, o dialog i odrzucenie niepotrzebnych kłótni i niesnasek. We wspólnym interesie, nie tylko archeologów, ale tych, którym los polskiego dziedzictwa archeologicznego nie jest obojętny.

Czy cała sytuacja jest winą archeologów? Oczywiście, nie do końca. Ale nastąpił moment, w którym jeśli sam zainteresowany nie spróbuje wyrazić swoich potrzeb – nikt inny za niego tego nie zrobi. Obojętnie kogo będzie się za zastany stan rzeczy winić.

HAPPY END

Wyraziłem w tym tekście sporo dość gorzkich słów. Jednocześnie od pięciu lat przygotowuję dla Serwisu Nauka w Polsce PAP depesze właśnie z dziedziny archeologii. Nie było by ich, gdyby nie… archeolodzy. Mam okazję współpracować z wieloma świetnymi naukowcami, którzy chętnie, bardzo chętnie lub niezbyt chętnie dzielą się wynikami swoich prac. Dominują jednak osoby, które chcą, żeby o ich badaniach słyszano. To naprawdę cieszy. Początkowo badacze bywają nieufni, mając w pamięci inne kontakty z dziennikarzami (niestety, często traumatyczne). Później – nabierają pewności. Okazuje się bowiem, że we współpracy może ukazać się ciekawy komunikat, który dotrze do tysięcy ludzi. Za to zaufanie i wkład chciałbym im wszystkim – serdecznie podziękować. Jest to niezmiernie satysfakcjonujące! Nic tak nie cieszy, jak dzielenie się fascynującymi wynikami badań dotyczących dalszych lub bliższych losów ludzi. Wiem to również dlatego, że z wykształcenia jestem także archeologiem. Ale można nadal zrobić więcej – nie tylko kontaktować się z dziennikarzami, ale stosować całą inną gamę narzędzi pomagających w dotarciu do szerszych rzesz ludzi, o czym wspominałem wcześniej. Na dobry początek warto przeczytać tę książkę: „Promocja nauki. Poradnik dobrych praktyk” i właśnie co wydanego „Promosaurusa”. Powodzenia! I ku chwale nauki!

Szymon Zdziebłowski

Copyright © Fundacja PAP 2019