13.12.2018
PL EN
13.10.2017 aktualizacja 13.10.2017

Reglamentowane pradzieje. O nowej syntezie najstarszych dziejów naszego kraju

Fot. Fotolia Fot. Fotolia

Nowe kompendium wiedzy o polskich pradziejach przygotowywano przez ponad 5 lat i wydano na nie 1,4 mln zł. Mimo, że publikację wydano również w wersji elektronicznej, dostęp do niego będą mieli nieliczni. Wielka szkoda.

Nie przesadzę ze stwierdzeniem, że ostatnie miesiące spędziłem w oczekiwaniu na promocję pięciotomowej syntezy polskich pradziejów - od pojawienia się człowieka aż po rok tysięczny. Wydarzenie to przekładano już kilkukrotnie. Archeolodzy, studenci i pasjonaci wiedzy na temat najbardziej odległej przeszłości czekali na to wydawnictwo cztery dekady!

Wcześniej w kompleksowy sposób najstarsze dzieje ziem Polski opisano w tomach "Prahistoria ziem polskich" (pieszczotliwie określanych przez wtajemniczonych jako "PZP"), które ukazywały się w latach 1975-1981. Było to również pięć tomów, obejmujących historię terenów Polski od paleolitu aż do okresu lateńskiego (najnowsze dzieło obejmuje nawet jeszcze późniejszy okres, do roku 1000). Pamiętam, jak jeszcze na studiach, w ciasnym instytutowym korytarzyku wystawałem w kolejce do biblioteki po poszczególne tomy. Na stanie było bowiem zaledwie kilka kompletów, a studentów - kilkudziesięciu.

Już wtedy wydawnictwo PZP trąciło myszką, choć wobec zbliżającego się egzaminu (czy w razie zwykłej potrzeby pogłębienia wiedzy) było to jedno z lepszych źródeł informacji. Dlatego iwiadomość o planowanym wydaniu nowej wersji "Prahistorii" niezmiernie mnie ucieszyła. Zresztą nie tylko mnie.

Pięknie wydane tomy nowych "Pradziejów" zaprezentowano we wtorek na Wydziale Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego. Na razie wydano jedynie anglojęzyczną wersję książki zatytułowaną "The Past Societies".

"Szczęściarze" - pomyślałem (wspominając kolejki z własnych czasów studenckich) o studentach, którzy już na pierwszym roku będą mogli sobie sprawić komplet tomów. Zwłaszcza, że inicjator projektu - prof. Przemysław Urbańczyk podkreślał, iż przygotowano również wersję elektroniczną. Z dostępnością nie powinno więc być najmniejszego problemu.

A jednak jest.

I to nie mniejszy, niż kilkadziesiąt lat temu w przypadku PZP. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nakład "The Past Societies" wyniósł (uwaga!) sto egzemplarzy, z czego prawie połowa to egzemplarze autorskie. Co oznacza, że do sprzedaży trafi 60 kompletów!!

Wydawca chce dotrzeć nie tylko na polskie uczelnie czy do instytutów, ale też do pasjonatów (teksty mają ponoć charakter esejów - nie wiem, nie dane było mi dotrzeć do tomów - przewertowałem je tylko w czasie promocji) i zagranicznych badaczy (stąd anglojęzyczna wersja wydawnictwa).

Mam wielką nadzieję, że do każdego polskiego instytutu archeologii trafi choć jeden komplet książek (i że nie wyląduje od razu w szczelnie zamkniętej gablocie "nowości"). To prawda, że studentów jest dziś mniej, niż jeszcze dekadę temu, kiedy na uczelnie trafili przedstawiciele samego szczytu wyżu demograficznego. A jednak perspektywa walki o książkę nawet "tylko z kilkunastoma" studentami nie wydaje się wcale kusząca.

Gdyby ktoś zechciał skompletować "The Past Societies" we własnej biblioteczce - szanse ma raczej niewielkie. Jeśli jednak się na to zdecyduje, musi się liczyć z kosztem niemal 200 zł za tom, co oznacza niemal 1000 zł za całość.

W sam raz na kieszeń żaka. Zwłaszcza archeologii.

Ktoś mi powie, że jest przecież wersja elektroniczna. Książka dostępna całą dobę, za jednym kliknięciem... Do tego tańsza, bo tak zapowiedział prof. Urbańczyk w czasie uroczystej promocji książki. Istotnie - wersja elektroniczna ma kosztować 14 euro - ok. trzy razy mniej, niż drukowana.

Świetnie, wchodzę w to! A jednak... kupię tom tylko wówczas, gdy jestem użytkownikiem urządzeń firmy Apple - iPada, iPhona czy MacBooka. Książkę przygotowano bowiem jedynie dla aplikacji iBooks, dostępnej jedynie w App Store (sklepie z aplikacjami, które obsługiwane są na urządzeniach Apple).

Tymczasem w Polsce od lat najbardziej popularnym systemem operacyjnym na komputery jest Windows, a na smartfony - Android. W czerwcu serwis ThinkApple.pl przytoczył dane pochodzące z firmy analitycznej IDC, dotyczące sprzedaży smartfonów w Polsce w pierwszym kwartale 2017 r. Przytłaczająca większość (89 proc.) to telefony z Androidem, a 11 proc. - z iOS (czyli systemem firmy Apple). Natomiast użytkownicy urządzeń Apple to niespełna 4 proc. posiadaczy komputerów w Polsce - wynika z danych StatCounter. Oczywiście w zamożnych społeczeństwach Europy Zachodniej czy USA jest znacznie więcej użytkowników urządzeń Apple. Firma ta słynie z rozwiązań dobrej jakości, co odpowiednio więcej kosztuje.

Znam trochę polskie środowisko archeologiczne. Dla większości naukowców zajmujących się najstarszą przeszłością człowieka wyłożenie środków na taką ekstrawagancję, jak komputer za ponad 5 tys. czy smartfon za ok. 3 tys. zł, jest problemem. A właśnie tyle kosztują nowe urządzenia Apple. Sam też nie mam żadnego z nich. (Nie zapominajmy, że same książki - nawet w wersji elektronicznej - również swoje kosztują). Więc choć jestem pasjonatem archeologii - nie mam większych szans na zapoznanie się z tomami. Nie jestem w tym osamotniony.

Dlaczego wybrano iBooks jako jedyną przestrzeń, w której pojawią się "odświeżone" polskie pradzieje? Jak wyjaśniano w czasie promocji tomów, m.in. ze względu na możliwość stworzenia idealnego dla książek naukowych układu stałego lub zmiennego; dodatków, dzięki którym książka "ożywa" (galerie, prezentacje, wideo, galerie, prezentacje, wideo, interaktywne diagramy, obiekty 3D) - czy ze względu na możliwość tworzenia zakładek i notatek.

To fakt - dzięki temu, że Apple w pełni kontroluje swój system i doskonale dopasowuje aplikacje do produkowanych przez siebie urządzeń - możliwe jest takie przygotowanie publikacji (np. za pomocą iBooks Author), by wyświetlała się na ekranach perfekcyjnie. Inaczej jest w przypadku stosunkowo otwartej platformy Android, do której urządzeń, o różnych parametrach, dostarczają dziesiątki firm, a kontrola końcowego produktu jest w zasadzie niemożliwa.

Największym zagrożeniem dla "Past Societies" zdaje się być to, że z uwagi na bardzo ograniczony dostęp, mało kto będzie się na to dzieło powoływał, a jego treść po prostu - jak się potocznie mówi - nie wejdzie do obiegu naukowego. Tym większa szkoda, bo projekt zrealizowany w ramach Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki kosztował 1,4 mln zł. I choć kilkudziesięciu autorów i redaktorzy tomów wykonało zapewne kawał znakomitej roboty (choć za "kawał" należy raczej uznać sposób dystrybucji) - to mało kto będzie się mógł o tym przekonać.

Teoretycznie "The Past Societies" mogą trafić pod strzechy. Jest jednak kilka "ale". Po pierwsze - należałoby dokonać dodruku publikacji i obniżyć jej cenę. Po drugie - udostępnić wersję cyfrową. Może bez fajerwerków w postaci multimediów, tylko w formie popularnego pdf. Dzięki temu wydawca miałby pełną kontrolę nad końcowym produktem (np. gwarancję sztywnego układu stron, co oznacza, że nie zmieni się ich liczba po zwiększeniu czcionki. To ważne, kiedy trzeba odnaleźć konkretną stronę w czasie tworzenia przypisów bibliograficznych). Nie byłaby to książka elektroniczna, jakie publikowane są w formatach mobi czy epub na czytniki. Stałaby się jednak dostępna dla szerokiego grona. Bo koniec końców chodzi o to, żeby dyskutować o treści książki - a nie o tym, że jest ona białym krukiem (również cyfrowym).

Więcej o książce można znaleźć TU

PAP - Nauka w Polsce, Szymon Zdziebłowski

Copyright © Fundacja PAP 2018