02.12.2020
PL EN
30.10.2015 aktualizacja 30.10.2015

Nie pożyczaj (za dużo) od Anglika ... czyli polszczyzna w tarapatach

Fot. Fotolia Fot. Fotolia

Nie obawiajcie się, Drodzy Czytelnicy, nie zamierzam prowadzić krucjaty przeciw anglicyzmom obecnym w naszej mowie. Chodzi mi tylko o Z B Ę D N E zapożyczanie terminów i idiomów pochodzących z angielskiego. Nie tylko zbędne, ale czasem siejące zamęt. W życiu codziennym i w świecie nauki.

Jakiś czas temu w wywiadzie dla naszego serwisu wybitny językoznawca prof. Walery Pisarek zwracał uwagę na zalew angielszczyzny w naszym życiu codziennym. Tendencja to widoczna zwłaszcza w pewnych branżach i dyscyplinach, jak np. marketing, zarządzanie, reklama, informatyka czy nauki społeczne.

W ówczesnej rozmowie prof. Pisarek zwrócił także uwagę na zagrożenia związane z całkowitą dominacją angielskiego w nauce. Pozwolę sobie przytoczyć ten fragment, który wówczas nie zmieścił się w opublikowanym tekście.

"Moim zdaniem szczególnie szkodliwy jest monopol angielskiego lub jakiegokolwiek innego języka w nauce. Na krótką metę wydaje się to pożyteczne, bo umożliwia wymianę informacji w skali globalnej. Ale w planie wielopokoleniowym grozi to dominacją jednego sposobu widzenia świata, a w praktyce oznacza kreatywność centrum i wtórność peryferii, czyli powrót do średniowiecza z jego łaciną jako językiem nauki. Przypominam, że dopiero emancypacja języków narodowych w nauce w XVIII wieku i później przyniosła jej lawinowy rozwój.".

I konkluzja prof. Pisarka: "Upowszechniać wiedzę naukową można bowiem w każdym języku, ale odkryć i wynalazków dokonuje się zwykle w języku ojczystym. Nie podważa to słuszności opinii, że bez znajomości angielskiego trudno dziś o sukcesy w nauce". Tyle prof. Pisarek, honorowy przewodniczący Rady Języka Polskiego.

Przypomniałem sobie o jego słowach, gdy ostatnio dostałem mailowe zaproszenie na darmowe warsztaty innowacji i kreatywności pt. "Design Thinking Week" (tak w oryginale), organizowane m.in. na Politechnice Warszawskiej i w Centrum Nauki Kopernik.

W opisie tej imprezy na stronie internetowej czytam, że do etapów pracy zespołowej podczas DT należą m.in. "empatyzowanie" (?) czy "generowanie (sic!) pomysłów".

W samym mailu znalazłem taką oto zachętę: "Spróbuj razem z nami! Wyjdziemy ze swego pudełka, poznamy siłę innowacji, kreatywnego myślenia i pracy zespołowej"; a kilka wierszy dalej: "Jeśli zetknąłeś się z DT (Design Thinking) i myślisz, że tylko niebo jest barierą, pomyśl raz jeszcze! Pomyśl, przyjdź i sprawdź nas!".

No cóż, pomyślałem, ale gdybym nawet nie tylko wyszedł, ale wyskoczył (jak diabeł?)z pudełka, to nie wpadłbym na to, żeby tłumaczyć słowo w słowo angielskie idiomy: "think outside the box" (czyli "myśleć nieszablonowo") i "the sky is the limit" (czyli "nie ma ograniczeń" albo "granicą jest tylko wyobraźnia").

Żarty żartami, ale ... Drodzy Organizatorzy tej, przypuszczalnie bardzo ciekawej, imprezy: czy nie przydałoby się więcej językowej kreatywności? Bo w rezultacie kalkowania angielskich idiomów tekst jest po prostu niezbyt zrozumiały, a w każdym razie brzmi pretensjonalnie.

(A swoją drogą, sam się zastanawiam, jak można przetłumaczyć "Design Thinking". Czy proponowane niekiedy "myślenie projektowe" oddaje istotę rzeczy?)

Inny przykład zbędnej angielszczyzny. Czytając w miarę regularnie teksty naukowe z socjologii mam nieodparte wrażenie, że ich autorzy nadużywają obcych - czyli zwykle angielskich - słów. W jednym tylko artykule dotyczącym uprzedzeń wobec innych grup etnicznych czy kulturowych spotykam takie oto kwiatki: "empatyzować" ("współczuć"), "derogacja Obcych" (czyli - jak rozumiem z kontekstu - "pogarda" wobec Innych) czy "relewantny" ("ważny dla kogoś", "znaczący"). Szczerze mówiąc, wątpię, czy okraszanie tekstu napuszonymi słowami rzeczywiście ułatwia zrozumienie myśli autora.

Ktoś może jednak powiedzieć, że tego rodzaju dosłowne przenoszenie na nasz grunt angielskich słów i idiomów (jak w powyższych przykładach) w nauce zdarza się rzadko. Czy rzeczywiście? Dręczony wątpliwościami spytałem o opinię ekspertów.

Marcin Miłkowski, filozof i kognitywista z IFiS PAN oraz leksykograf (autor m.in. polsko-angielskiego słownika komputerowego i telekomunikacyjnego) trochę mnie uspokoił. "Nie znam ludzi, którzy by mówili, że zajmują się >>inżynierią software\'u<< - tylko inżynierią oprogramowania, podobnie jak podobnie nie znam informatyka, który by powiedział, że zajmuje się >>teorią komputacji<< - tylko teorią obliczeń" - powiedział.

Dr Artur Czesak z internetowego Dobrego Słownika też wierzy w zdrowy rozsądek użytkowników języka. Stawia hipotezę, że część nowych terminów informatycznych się przyjmie, a niektóre, początkowo popularne się cofną. Decyduje o tym często kryterium praktyczne: czy nowe słowa są łatwe w wymowie i prostsze od polskich odpowiedników. Kto dziś pamięta - pyta dr Czesak - że słowo "komputer" niegdyś chciano zastąpić "mózgiem elektronowym" czy "elektronicznymi maszynami liczącymi"? Popularne w mowie było kiedyś "sejwowanie" danych, zanim okazało się, że można po prostu pliki "zapisywać" czy "nagrywać".

Czesak zauważa jednak, że "wiele osób z młodych i kreatywnych branż niemal myśli po angielsku i niemal wstydzi się polszczyzny" i że "może to skutkować tekstami o wysokim poziomie bełkotliwości". Tak jak ze wspomnianym "wyjściem z pudełka", które - komentuje językoznawca - "może środowiskowo coś znaczy, może kiedyś będzie zrozumiałe, ale teraz odczuwa się takie wypowiedzi jako zmanierowane, przesadnie odnoszone do angielszczyzny i na niej wzorowane".

Choć jednocześnie należy pamiętać o tym - dodaje Artur Czesak - że niektóre idiomy o angielskim rodowodzie zadomowiły się u nas i są powszechnie zrozumiałe, np. "nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem", a inne są przedmiotem wątpliwości, np. "wszystkie ręce na pokład!" czy "strzelić sobie w stopę (kolano)". Dla zrozumiałości idiomów istotny jest kontekst, w jakim pojawiają się dane wyrażenia czy zwroty; samo ich pochodzenie - obce, w tym wypadku angielskie - nie powinno być powodem do potępiania.

Wracając do języka polskiej nauki, to, zdaniem Miłkowskiego, grozi nam dziś nie tyle zalew anglicyzmów, co słaba znajomość języka własnego, która skutkuje pretensjonalnym czy bełkotliwym stylem. "Oczywiście, język angielski nie powinien wszędzie zastępować polszczyzny. Trzeba uczyć w rodzimym języku kultury słowa i logicznej argumentacji, gdyż przydają się one nam na co dzień, a nie tylko w życiu intelektualnym. Uniwersytety powinny spełniać taką misję, ale niestety tego dzisiaj nie robią" - uważa Miłkowski.

Podsumowując: językoznawcy zgodnie twierdzą, że uzasadnione zapożyczenia z języków obcych wzbogacają język i szkodliwe byłoby ich rugowanie. Kłopot polega na tym, że nazbyt często przenosi się angielskie słowa czy idomy zupełnie bezrefleksyjnie, wręcz automatycznie, i łamie reguły języka własnego.

Tą uwagą zamykam te trochę przydługie rozważania o dobrej i złej angielszczyźnie. Poczułem bowiem umysłowe zmęczenie i muszę iść na spacer się "zresetować"... oj, przepraszam najmocniej - odetchnąć nieco. Do czego i Was, Czytelnicy, szczerze zachęcam.

Szymon Łucyk

Copyright © Fundacja PAP 2020